#1. Nowy rok, stary ja

Tym razem bardzo chciałem nie mieć żadnych postanowień noworocznych. Pewnie dlatego, że nigdy żadnych nie dotrzymywałem. Tego bloga miałem odpalić już kilka miesięcy temu. Ale oczywiście wyszło, jak wyszło. 

Nie jestem pewien, ale chyba ostatnią rzeczą, o której myśli normalny siedmiolatek w ciepłe wiosenne popołudnie jest włączenie komputera, żeby coś napisać. A przynajmniej, żeby napisać coś więcej, niż nasprejowane w Paincie pozdrowienie do brata “Jesteś gupi” i ustawienie go na tapetę.

To był stary pecet z systemem Windows 95 podarowany mnie i starszemu bratu przez wujka informatyka. O własnym komputerze marzyliśmy już od dawna – jeszcze nie mieliśmy Playstation 2, a Pegasus zaczynał być passe. Konsole poza tym posiadały swoje wady – dało się z nich korzystać tylko wtedy, kiedy telewizor nie był akurat zajęty. Na początku XXI wieku, przypominam, telewizja należała do głównych rozrywek rodziców normalnych siedmiolatków. No i nie dało się przez nie połączyć z Internetem i trollować starszych kolegów oraz koleżanek na czacie (“Cześć, mam na imię Karolina. Chcesz zobaczyć moje gołe zdjencia?”). 

Nasz pierwszy komputer, co prawda, Internetu nie miał, ale i tak nie posiadaliśmy się z radochy. W pakiecie dostaliśmy pudło wypełnione dyskietkami i płytami z grami. Prawdziwymi kąskami były wtedy cedeki z demówkami z magazynu CD-Action lub krążki typu 200 gier, które można było nabyć na Stadionie Dziesięciolecia. Większości z nich albo nie dało się zainstalować (komp był poprzedniej generacji), albo były zbyt skomplikowane i nudziły się nam po kwadransie – pamiętacie te stare gry, w których trzeba było więcej czytać niż klikać. Jeśli jeszcze dodać do tego napisy po angielsku, siedmiolatek może dać sobie spokój. Zabijaczami czasu były więc wtedy bijatyki Mortal Kombat (oczywiście głównie czwarta, wówczas najnowsza część), strzelanki typu Doom, Quake, RPG pt. Mordor: The Depths of Dejenol (w którym za cholerę nie wiedzieliśmy, o co chodzi, ale i tak kochaliśmy jego klimat) oraz oczywiście zręcznościówki jak Cool Spot i Jazz Jackrabbit. O hitach takich jak Diablo 2, Quake 3 Arena, Rayman czy The Settlers 3 mogłem wtedy pomarzyć i sporadycznie miałem okazję pograć w nie w trakcie odwiedzin u kuzyna, który miał komputer z Windowsem 98 (jak byłem dzieckiem, nazwa systemu operacyjnego była dla mnie wyznacznikiem jakości, natomiast karty graficzne, procesory – to już nie miało znaczenia). 

Okładka gry The Settlers IV

“20 lat minęło…”

Kiedy wspomnianego wiosennego popołudnia usiadłem przed komputerem i włączyłem program do pisania (Notatnik), byłem pod ogromnym wpływem gry, która jeszcze czekała na swoją premierę – The Settlers 4. Jak ktoś nie wie – to gra strategiczna polegająca na budowaniu wiosek i miast dla osadników (settlersów) z różnych nacji (byli tam m.in. Rzymianie, Wikingowie i Majowie) i walce o wpływy na mapie. Jako że granie w nią mogłem wybić sobie z głowy, swoje fantazje musiałem realizować na inne sposoby – rysując, przebierając się i bawiąc “w średniowiecze” oraz – pisząc swoje własne historie w tym świecie. Pamiętam, że spędziłem nad tą historią wiele godzin i miała ona nieco ponad stronę – w jej trakcie rozegrała się akcja godna epickiej powieści: rzymski cesarz został porwany przez Wikingów i przewieziony do Majów mieszkających – gdzieżby inaczej – w mieście “Majami”. W odsiecz za nim wyruszyła drużyna rzymskich centurionów. W drodze oczywiście napotkali wiele przygód, jak przeprawę przez pustynię, pułapkę w opuszczonej chacie, czy rejs przez morze (nie miałem wtedy pojęcia, że Majowie mieszkali za oceanem i bynajmniej ich stolicą nie było “Majami”; inna sprawa, że gra również nie miała większego sensu – bo od kiedy Rzymianie walczą z Wikingami). Najważniejszy wówczas był dla mnie sam akt kreacji, a to, że gdzieś brakło logiki, że w tekście roiło się od błędów ortograficznych i interpunkcyjnych albo że wstęp i rozwinięcie opowiadania zabierały większą jego część, a zakończenie kwitowało jedno zdanie typu “i żyli długo i szczęśliwie” – nie stanowiło dla mnie żadnej przeszkody. Miałem przecież siedem lat.

Dziś, dwie dekady później, również siedzę przy komputerze i piszę. Zwykle używam Worda lub Google Docsa, które same poprawiają za mnie podstawowe błędy. Czasem są to programy bardziej specjalistyczne, jak Celtx do scenariuszy. Teksty, które popełniam, rzadko mają mniej niż kilka stron (no, sorry) i na ogół zależy mi na logice opowieści i na tym, jak zostanie ona odebrana. Niekiedy zależy mi na tym aż za bardzo – wtedy blokuję się na wiele tygodni lub miesięcy, a teksty trafiają do przepastnej  “szuflady” w chmurze lub pamięci komputera. Dziś, na początku 2020 roku, żyję już z pisania. Nie zawsze są to opowieści epickie, czasem jest to zwykłe copy, krótki artykuł, a niekiedy scenariusz teledysku czy spotu. Coraz częściej zdarza się jednak, że są to scenariusze filmów, sztuk teatralnych lub seriali. Co mnie oczywiście bardzo cieszy, bo podobno zarabianie na tym, co kocha się robić, jest idealnym sposobem na udane życie. Czy tak jest naprawdę? Nie mam pojęcia – czasem zgadzam się z tym bardziej, czasem mniej. 

“Coś się kończy, coś się zaczyna…”

Rok 2019 na pewno był dla mnie rokiem udanym. Brzmi to bardzo dyplomatycznie, ale po namyśle uznaję, że tak faktycznie było. Przede wszystkim raz na zawsze skończyłem z pisaniem seriali paradokumentalnych – tego raka współczesnej telewizji, którego podobno nikt nie ogląda, a który w prawie każdej dużej stacji bije milionowe rekordy popularności. Ale to chyba już wątek na osobny wpis. Zaciekawionym dodam tylko, że w ogóle nie żałuję, że przez kilka lat parałem się taką pisaniną – pewnie dlatego, że przez ten czas rzadziej niż teraz narzekałem na zarobki, poza tym, naprawdę cholernie wiele się nauczyłem. 

Plakat filmu “Pół Wieku Poezji Później” autorstwa Kuby Knapika

Rok 2019 upłynął mi także w dużej mierze na promocji i finalizacji filmu Pół Wieku Poezji Później, fanowskiej produkcji o Wiedźminie (BTW – co ja miałem z tymi fanfikami). I to moim zdaniem kolejny duży sukces, nie tylko mój, ale całej naszej ekipy. A w szczególności reżysera, Kuby Nurzyńskiego, kierownika produkcji, Janka Kaweckiego i montażysty, Szymona Raczkiewicza. Sam dołączyłem do tego projektu ponad 3 lata temu, tuż przed pierwszymi zdjęciami. Byłem tam wtedy kierownikiem planu / asystentem produkcji. Raczej średnio wierzyłem w powodzenie tego filmu. Budżet był zaskakująco niski, scenariusz średnio mi się podobał i nie byłem do końca przekonany co do wyboru Zbigniewa Zamachowskiego do roli Jaskra. Od pierwszego dnia zdjęć, na którym nic nie działo się według planu, myślałem raczej o tym, żeby zrezygnować i zająć się innymi projektami. Jednak zostałem. Możliwe, że za sprawą pewnego znanego syndromu. Albo po prostu zakochałem się w tym filmie, w tych zdeterminowanych, utalentowanych ludziach, którzy z zamiłowania do świata stworzonego przez Andrzeja Sapkowskiego postanowili dołożyć małą cegiełkę z własną wizją wiedźmińskiego uniwersum, podobnego do tego, za które pokochali książki i gry. Ja sam byłem fanem Wiedźmina od 5 lub 6 klasy podstawówki, kiedy to w szkolnej bibliotece, szukając nowego czytadła fantasy, zauważyłem stary zbiór opowiadań o Rzeźniku z Blaviken. Kilka miesięcy po pierwszych zdjęciach sprawy potoczyły się więc tak, że razem z Darkiem Gabryelewiczem (również producentem wykonawczym tego filmu) i reżyserem, Kubą, zaczęliśmy rozwijać i poprawiać scenariusz. Później bardziej zaangażowałem się w produkcję, przez co zostałem “prawą ręką” kierownika Janka, oraz w PR i marketing. Miniony rok upłynął mi zatem, między innymi, na jeżdżeniu na festiwale i konwenty, na wywiadach, wizytach w radiu, telewizji, czy u youtuberów, u których wraz z ekipą staraliśmy się nagłośnić nadchodzące narodziny naszego Dziecka Niespodzianki.

Kuba Knapik, twórca plakatu i ja. Zdjęcie z prapremiery dla ekipy i mediów, który odbyła się w Kinie Wisła w Warszawie 27 listopada 2019. Fot. Beata Bieńkowska

7 grudnia, w dniu międzynarodowej premiery na YouTube, do ostatniej chwili obawiałem się, że coś nie wyjdzie – że zerwie się transmisja, że film zostanie źle przyjęty, uznany za gniot. Tak się jednak nie stało, ku mojemu szczeremu zdumieniu. W ciągu około tygodnia dobił do miliona widzów, a reakcje fanów świata Wiedźmina oraz krytyków w dużej mierze były pozytywne. Przez dłuższy czas na FilmWebie “Pół Wieku…” było w pierwszej dziesiątce najpopularniejszych filmów, a jego ocena zatrzymała się (przynajmniej na razie) na 6,8 na dziesięć przy ponad siedmiu tysiącach oceniających użytkowników. Zaskakująco dobrze jak na produkcję, która nie miała prawa się udać. Jak na niezależny, polski film fantasy zrealizowany od fanów dla fanów, za sto tysięcy złotych. Czyli tyle, ile kosztują dwa przeciętne odcinki serialu…  paradokumentalnego. Aha, pocieszając moich znajomych na Facebooku i Instagramie – w 2020 kończę dotychczasowy wiedźmiński spam. No dobra, pewnie czasem skrobnę coś o pokazie w którymś kinie, ale na pewno będzie tego dużo mniej.

Od lewej: Karolina Kot, Joanna Niczyj, Wiktor Piątkowski i ja

Wzloty i upadki…

W minionym roku, we wrześniu, doszło w końcu również do premiery 3 sezonu serialu Wojenne dziewczyny produkcji TVP i Akson Studio. A więc, nie tylko pierwszego dużego, profesjonalnego projektu, przy którym byłem zaangażowany w pisanie scenariuszy. Ale również (to może zabrzmieć buńczucznie, ale każdy scenarzysta chyba zrozumie) pierwszego, w którym ekipa zrealizowała mój tekst bez wprowadzania nieuzasadnionych zmian. No kurde, nareszcie, oglądając kolaudację, nie musiałem pluć sobie w brodę! W końcu reżyser nie dzwonił do mnie w trakcie zdjęć, pytając, o co chodzi w danej scenie, bo nie miał czasu uważnie przeczytać tych wcześniejszych. Dziękuję niniejszym Wiktorowi Piątkowskiemu, szefowi naszej redakcji, który zaangażował mnie do tej produkcji, oraz Joannie Niczyj i Karolinie Kot, które stworzyły ze mną i Wiktorem wymarzony writer’s room. Już czekam na nasze kolejne kooperacje.

Jednak, mimo tych miłych akcentów, niecały zeszły rok był usłany różami. I pewnie dobrze, bo w końcu na porażkach podobno uczymy się najwięcej. Szczególnie niemiło wspominam jego początek, głównie z powodu pewnego serialu, przy którym byłem głównym scenarzystą i który został zamrożony kilka tygodni przed zdjęciami. Skutkiem było to, że przez pewien czas nie miałem stałego zatrudnienia. Jaki to producent i jaki to serial – znający mnie lepiej pewnie się domyślą, ale ja publicznie pominę je milczeniem. Na pewno nauczyłem się, że czasem nawet bardzo dobrze przygotowana umowa nie uchroni twórcy, kiedy po drugiej stronie stoją zwykli manipulatorzy. Oraz że, może paradoksalnie, brak zaufania dla intuicji ma wiele wspólnego z naiwnością. 

Poza tym, nie doszła do skutku realizacja mojego pierwszego, wysokobudżetowego krótkometrażowego filmu w roli reżysera. Mowa o Cierpieniu hrabiego Mortena, psychologicznym horrorze w anturażu fantasy, ze scenariuszem na podstawie opowiadania Jacka Soboty. Pomysł na jego stworzenie powstał już dobrych pięć lat temu, jednak o jego produkcję na poważnie walczę “dopiero” od ok. dwóch lat. W międzyczasie przewinęło się kilku reżyserów i producentów, którzy próbowali doprowadzić do powstania tego filmu. Niestety, wysyłanie wniosków o dofinansowanie do różnych instytucji spełzło na niczym. A słowa pewnego jurora, który skwitował cały film (przypominam – horror) słowami, że “nie może powstać, bo jest szkodliwy społecznie”, na wiele miesięcy przekreśliły moje dalsze nadzieje na realizację tego filmu w Polsce. Do teraz. Ostatecznie postanowiłem do niego powrócić, ale poszukać możliwości finansowania gdzie indziej. Za granicą albo poprzez crowdfunding. Ponadto, zaangażowałem w roli producenta, wspomnianego wcześniej Darka Gabryelewicza, współscenarzystę i mojego przyjaciela. Co to przyniesie, zobaczymy już niebawem. Na pewno kolejną rzeczą, której nauczyłem się w 2019 – w dużej mierze od swoich utalentowanych znajomych – jest to, że najważniejsza jest determinacja. Pomimo wszystko. Uwierz, że coś się uda, a to się wydarzy, musisz tylko mocno zapieprzać. Kroczek po kroczku. To jest proste i prawdziwe, jak disco polo.

Zdjęcie scenariusza filmu Cierpienie hrabiego Mortena

Ale żeby nie kończyć pierwszego wpisu na pocieszaniu i motywacyjnych bzdurach… Dodam dwa słowa o tym, co jeszcze słychać w moim pisarskim świecie. Przede wszystkim, poznałem Bodo Koxa i Sebastiana Stankiego Stankiewicza, z którymi od kilku miesięcy pracuję nad pełnometrażowym scenariuszem. Nie chcę zapeszać, ale liczę na to, że na wiosnę pochwalimy się już dopracowaną wersją, którą będzie można skierować do produkcji. Poza tym, zacząłem pracę przy nowym serialu. Nazwy na razie nie zdradzę, ale jestem pewien, że wielu z Was ją zna. W grudniu ruszyły też zdjęcia do krótkometrażowego filmu pt. Młyn, który współpisałem z reżyserem Bartkiem Jakubiakiem. Grają w nim m.in. Marcin Kwaśny, Maja Hirsch i Adam Bobik. Premiera już w tym roku. Pracuję jeszcze nad komediową sztuką teatralną i autorskim serialem historycznym, ale o nich opowiem innym razem. 

Jeśli dotarliście już tu, do końca, pewnie zastanawiacie się, dlaczego zacząłem swój pierwszy wpis od przywołania historii ze swojego dzieciństwa. Cóż, pomijając to, że mi wolno, bo to mój blog… (mój! Tylko mój!) Pewnie dlatego, że ludzkim odruchem jest podsumowywanie wszystkich wydarzeń, zwłaszcza przy okrągłych datach. Mam więc nadzieję, że mi wybaczycie, że nie odmówiłem sobie tej pospolitej rozrywki. I że wpadniecie również innym razem. Może nawet uda mi się wysłowić krócej i ciekawiej. Na jakiś konkretny temat.


5 myśli na temat “#1. Nowy rok, stary ja

  1. Przeczytałam. Od deski do deski. Z dużą przyjemnością. I mocno trzymam kciuki za Twoje projekty. Podziwiam konsekwencję, upór i pasję. A na blog jeszcze wpadnę, by poczytać dobrze napisane teksty. Dużo pozytywnej energii dla Ciebie.

  2. Wszystko przeczytałam – i nie dopatrzyłam się chyba żadnej ‘literówki’ 😀 ! Proszę o kolejne ‘odcinki’ :))) Dajesz i nie zwalniasz 😉

  3. Dobrze się czytało! Czekam na ciąg dalszy! Szczególnie kooperacja z Bodo Koxem i Sebastianem Stankiewiczem brzmi interesująco i twórczo. Powodzenia!

Dodaj komentarz