#2 Moja dycha – najlepsze filmy 2019 (część 1)

Tadam! Filmowy rok 2019 dobiegł końca. Nieco ponad tydzień temu w Beverly Hills przyznano Złote Globy, a w tym tygodniu ogłoszono filmy nominowane do Oscarów (korzystając z okazji, gratuluję twórcom Bożego Ciała!). Tymczasem w warszawskim Kinie Iluzjon już od jakiegoś czasu można oglądać kinowe polskie produkcje z zeszłego roku, z których część w marcu zostanie nagrodzona Orłami. 

Wiele osób rozlicza zeszłoroczne filmy, w związku z tym i ja zdecydowałem się na małe podsumowanie (no, może nie takie małe, bo tak się rozpisałem, że zdecydowałem podzielić je na dwie części). W połowie stycznia – więc tak, trochę późno. I nie będę ściemniał – parę z poniższych filmów nadrobiłem dopiero ostatnio. Bo w 2019 nie miałem zbyt wiele czasu na oglądanie. Inna sprawa, że dystrybutorzy i wielkie studia często właśnie najważniejsze premiery zachowują na sam koniec roku, właśnie po to pewnie, żebyśmy o nich pamiętali przy tego typu podsumowaniach. Ale ok, więc tak – raczej nie będzie to typowe zestawienie dziesięciu najlepszych filmów roku, jakich pełno jest na filmowych portalach. Przedstawię Wam swoją własną dziesiątkę filmów (dziś pierwsze pięć) z osobistym komentarzem, takich, po których obejrzeniu wręcz opadła mi koparka i zbierałem ją przez wiele kolejnych dni. Jeśli ktoś się jeszcze nie domyślił, że uważam miniony rok za udany, to po poprzednim zdaniu chyba nie będzie mieć wątpliwości. 

Poza moimi ulubionymi filmami z 2019 wymienię też kilka, moim skromnym zdaniem, wartych wzmianki oraz parę takich, po których opadło mi coś innego niż szczęka. Aha, ważna uwaga przed dalszą lekturą – uwzględniam jedynie filmy, które ukazały się w polskiej dystrybucji w zeszłym roku, a więc pominę takie dzieła jak głośne ostatnio 1917 w reżyserii Sama Mendesa, czy Jojo Rabbit (scen. i reż. Taika Waititi). Ponadto, nie wszystkie produkcje powszechnie wciskane w zestawieniach widziałem – do Irlandczyka choćby podchodziłem bezskutecznie trzy razy. Nie pomogła nawet próba dzielenia filmu na “odcinki”, bo przed końcem pierwszego już drzemałem. Ale mówi się trudno. Podobnie, nie zapoznałem się z Historią małżeńską (scen. i reż. Noah Baumbach) i Le Mans ‘66 w reżyserii Jamesa Mangolda. Wszystkie powyższe, z kronikarskiego obowiązku, postaram się oczywiście nadrobić. W swoim czasie. Numeracja w moim podsumowaniu przypadkowa nie będzie, ale nie zamierzam stosować jej stopniująco, bo każdy z tych filmów ujął mnie na swój sposób. Zwyczajnie będzie więc w kolejności, w której je widziałem.

Kiedy patrzę na nazwiska reżyserów na liście filmów, którą przygotowałem sobie na potrzeby tego podsumowania, dochodzę do wniosku, że zeszły rok udowodnił jedną ciekawą rzecz. Mianowicie – nie zawsze trzeba być Orsonem Wellesem, który już debiutując stworzył arcydzieło, żeby w końcu zostać filmowcem tworzącym dzieła wybitne. Popularny w środowisku filmowym przesąd, że startujący reżyser ma zazwyczaj jedną szansę, jaką ma być genialny debiut, i jeśli jej nie wykorzysta, dołączy do długiej kolejki aspirujących, miernych opowiadaczy – sprawdza się dość rzadko. Bo na szczęście życie to nie zawsze casting do talent show. Tak, wiem, to nic odkrywczego – w końcu od średnich lub złych filmów zaczynali m.in. Peter Jackson, Ron Howard, Oliver Stone, czy choćby James Gunn. Jednak zeszły rok, jak żaden poprzedni, utwierdził mnie w przekonaniu, że popularna wśród filmowców fraza “Jesteś tak dobry, jak twój ostatni film” to gówno prawda. 

Fotos z filmu “Green Book”, od lewej: Viggo Mortensen, Mahershala Ali, fot. Materiały prasowe

Nr 1: Green Book (reż. Peter Farrelly, scen. Brian Hayes Currie, Peter Farrelly, Nick Vallelonga, zdj. Sean Porter)

Pierwszym filmem w mojej dziesiątce jest oczywiście nagrodzony rok temu Globami i Oscarami Green Book. Film ucieleśniający moją powyższą tezę – jego reżyser i jeden ze scenarzystów, Peter Farrelly, bowiem w zasadzie dopiero w tej produkcji udowodnił, że jego ponad dwudziestoczteroletnia kariera miała jakiś głębszy sens. Gość, który stworzył Głupiego i głupszego i ich późniejsze odsłony (mające oczywiście swoich fanów, no ale still) albo takie średnie komedie jak Sposób na blondynkę, czy Płytki facet. Który jeszcze w 2014 roku został obsypany Złotymi Malinami jako najgorszy reżyser najgorszego filmu z najgorszym scenariuszem pt. Movie 43

Nie muszę chyba przypominać, że Green Book otrzymał nagrody w dokładnie odwrotnych kategoriach. Na FilmWebie polscy widzowie umieścili go na 28. miejscu najlepszych filmów w ogóle. Na ile sukces tego filmu to kwestia samego reżysera, a na ile świetnej historii opartej na faktach, ciężko mi w zasadzie ocenić. Mógł to być łut szczęścia. A może właśnie Farrelly, kręcąc te wszystkie średniaki, pojął, jak nie robić filmów i w końcu nakręcił kolejny tak, jak trzeba? 

W pigułce – Green Book jest historią włoskiego cwaniaczka, Tony’ego Wary (w tej roli Viggo Mortensen), który dostaje robotę jako szofer tajemniczego, zamożnego muzyka. Tony ma już dość niebezpiecznych fuch dla kolegów z Sycylii i zakładania się, kto zje więcej hot dogów. Chce po prostu zapewnić byt rodzinie. Nowa praca daje mu taką możliwość. Jest tylko drobny szkopuł – wymaga ona od niego zostawienia żony i dziecka na wiele tygodni i wyruszenia w tournée na dalekie południe Stanów. Szkopuł numer dwa – jego nowy szef, pianista Don Shirley (Mahershala Ali), ma czarny kolor skóry, a akcja toczy się w połowie XX wieku.

Ale właśnie głównym powodem, dla którego muzyk decyduje się zabrać Tony’ego, jest to, że ten zyskał sobie renomę mistrza w rozwiązywaniu kłopotów natury “public relations”. Tak, problem rasizmu na dawnym południu USA jest katalizatorem wielu konfliktów w tym filmie. Jednak główną osią fabuły jest burzliwa relacja między pochodzącym z biedy, białym Tonym, a bogatym, czarnym muzykiem. Ten film to takie Wożąc panią Daisy, tylko w odwróconych proporcjach i znacznie zabawniejsze. To klasyczny film drogi, buddy movie, w którym obaj bohaterowie przechodzą istotną przemianę. Film z humanistycznym morałem. A wreszcie – to przede wszystkim świetna rozrywka. Viggo Mortensen moim zdaniem niesłusznie rok temu nie dostał Oscara (na rzecz oczywiście Ramiego Maleka wcielającego się w Mercury’ego). Dlaczego? Słuchajcie, w końcu to gość o duńsko-amerykańskim pochodzeniu (słowem – Aragorn), który dla roli musiał stać się prawdziwym Włochem z Bronxu. Nie tylko zmienił się do filmu fizycznie, ale też nauczył się włoskiego i stworzył sobie cały arsenał min i gestów podpatrzonych pewnie w trakcie przygotowań u innych makaroniarzy. No, czapki z głów. Ostatnią tak wymowną kreację w jego wykonaniu pamiętam z Życia Carlita. Z 1993 roku!

Fotos z filmu “Rocketman”, na zdjęciu: Taron Egerton, fot. materiały prasowe

Nr 2: Rocketman (reż. Dexter Fletcher, scen. Lee Hall, zdj. George Richmond)

W obiektywnym skrócie – historia burzliwego życia Eltona Johna. W subiektywnym – film, który sprawił, że polubiłem twórczość Eltona Johna. Choć od lat miałem go za nudnego, ekstrawaganckiego dziadka w kolorowych okularach. I znów, nawiązując do Bohemian Rhapsody (no nie jestem fanem tego dzieła, filmowego oczywiście), przy całym szacunku do dorobku Bryana Singera, uważam, że to właśnie Dexter Fletcher stworzył wielki film muzyczno-biograficzny. Rocketman jest po prostu produkcją pełniejszą, lepiej zrealizowaną i przemyślaną. Owszem, tu też pewnie twórcy nie uniknęli wybielania bohatera, bo Elton John jest producentem wykonawczym filmu. Jednak odnoszę wrażenie, że ten gwiazdor ma do siebie nieco więcej dystansu niż muzycy z Queen. Tymczasem u Fletchera sposób prowadzenia narracji, scenografia, choreografia, kostiumy oraz oczywiście dramaturgia i humor – sprawiły, że Rocketman, moim zdaniem, zasłużył na więcej uwagi. Niestety, film ten nie wywołał takiego szumu, jak rok wcześniej produkcja Singera. Na tegorocznych Złotych Globach również zdobył, co prawda, dwie statuetki, jednak w mniej istotnych kategoriach niż poprzednio Bohemian Rhapsody. Może dlatego, że film Fletchera konkurował choćby z najnowszym dziełem Tarantino? A może z tej przyczyny, że twórcy filmu o Eltonie zdecydowali się na opowiedzenie go w formie musicalowej, co automatycznie sprawiło, że wylądował w szufladzie “komedia lub musical”. Wydaje mi się jednak, że ta produkcja została zwyczajnie pochłonięta przez inne głośne filmy, jakie weszły do kin w minionym roku. 

Chwaląc Rocketmana, należy też oczywiście wspomnieć o Taronie Egertonie, aktorze wcielającym się w samego Eltona Johna. Młody chłopak z UK, znany poprzednio głównie z rozrywkowej serii Kingsman, dosłownie wgniata w fotel swoim urokiem, szaleństwem i pasją. Już wiemy, że Oscara nie dostanie, ale dajmy mu kilka lat, pewnie jeszcze niejednokrotnie nas zaskoczy.

Fotos z filmu “Pewnego razu w… Hollywood”, od lewej: Brad Pitt, Leonardo DiCaprio, Margot Robbie, fot. materiały prasowe

Nr 3: Pewnego razu… w Hollywood (scen. i reż. Quentin Tarantino, zdj. Robert Richardson)

O filmach Quentina Tarantino mógłbym pisać długie elaboraty. W końcu zakochałem się w jego twórczości już lata temu, kiedy, mając ok. dwanaście lat, po raz pierwszy obejrzałem Pulp Fiction. Widziałem wszystkie jego filmy, większość tuzin razy, a soundtracki z nich odtwarzam średnio kilka razy w miesiącu. Dlatego nie powinno Was dziwić, że ten film znalazł się na mojej liście. Znalazł się na niej pomimo tego, że przez wielu widzów jest uważany za jedno gorszych dzieł Tarantino. Cóż, może zdziwię Was, pisząc, że sam tak uważam. I sam byłem zaskoczony, że Pewnego razu… zdobyło Złotego Globa za najlepszy scenariusz (a nie np. Parasite), chociaż Tarantino jest według mnie jednym z najlepszych scenarzystów w Hollywood. 

Czemu więc ten film znalazł się na liście moich ulubionych filmów roku 2019? Moja odpowiedź jest prosta – bo to Quentin Tarantino. Jemu wolno wszystko. On może zrobić trzygodzinny film o niczym i to będzie dobry film. Pewnego razu… w Hollywood nie jest jednak filmem o niczym, mimo że tak z pozoru mogłoby się wydawać. 

To historia fikcyjnego aktora, Ricka Daltona (w tejże roli Leonardo DiCaprio) oraz jego kaskadera, Cliffa Bootha (Brad Pitt), którzy chcą odnieść sukces w przemyśle filmowym lat sześćdziesiątych. To więc poniekąd buddy movie, po troszę epopeja w stylu filmów Sergia Leone (z których zresztą Quentin zaczerpnął także pomysł na tytuł). To hołd złożony Hollywood, laurka dla jego złotej ery, kiedy Roman Polański i Sharon Tate szaleli na imprezach ze Stevem McQueenem i Jane Fondą, sztuk walki uczył ich Bruce Lee, po przedmieściach włóczyły się Dzieci Kwiaty, a na południu Europy kręcono kultowe spaghetti westerny. To wreszcie film marzyciela pragnącego cofnąć zwrotnice czasu, rozważającego “a co by było, gdyby?”. Alternatywna wersja rzeczywistości, w której dawne Hollywood dalej jest krainą zachodzącego słońca, tylko trochę lepszą. Dzięki przypadkowi.

Tarantino jak zwykle konstruuje sprytną maszynerię, stopniowo prowadzącą do krwawego finału. Jednak tym razem jest ona nieco gorzej naoliwiona, bardziej ociężała. W filmie pojawia się wiele scen niemających większego wpływu na dalszy ciąg. Ale mnie to zupełnie nie przeszkadza. Są one bowiem na tyle sprawnie napisane i zrealizowane, że same w sobie stanowią kawał świetnego, filmowego rzemiosła. Film więc mocno rekomenduję, choć zaznaczam, że moje “fanbojstwo” w stosunku do Tarantino jest tak znaczne, że nawet sceny, w których bohaterowie po prostu jechali sobie ulicami Los Angeles, słuchając rock and rolla, powodowały u mnie dreszcze. Na swoją obronę dodam, że był jeden film Quentina, który nie przypadł mi do gustu – był to Django. Pewnie głównie dlatego, że stare westerny kocham jeszcze bardziej niż jego twórczość. A pierwszy western w wykonaniu QT był bardzo nietypowy. Tak przynajmniej myślałem po pierwszym seansie. Po drugim i trzecim uznałem Django za genialny pastisz i hołd dla kina o Dzikim Zachodzie… Więc ok, w kwestii filmów Quentina Tarantino może lepiej mnie nie słuchajcie. 

Plakat filmu “Boże Ciało”, na zdjęciu Bartosz Bielenia, fot. materiały prasowe

Nr 4: Boże Ciało (reż. Jan Komasa, scen. Mateusz Pacewicz, zdj. Piotr Sobociński Jr.)

Boże Ciało w reżyserii Jana Komasy jest jedynym polskim filmem w moim zestawieniu. W żadnym razie nie oznacza to, że tylko ta rodzima produkcja przypadła mi do gustu. Na zeszłorocznym Festiwalu w Gdyni było parę perełek (o których wspomnę w drugiej części wpisu), jednak tylko ten film sprawił, że krzyknąłem “WOW!”. 

Komasa nie jest reżyserem, po którym spodziewalibyśmy się takiego dzieła. Jego filmy jak Sala samobójców czy Miasto 44 zapewniły mu, co prawda, pewną renomę, jednak, umówmy się – były to filmy tylko “niezłe”. Jednego z kolei nigdy bym Komasie nie odmówił – w swoich poprzednich obrazach potrafił pokazać istotne, z pozoru wyświechtane tematy, w ciekawy i oryginalny sposób. Ponadto, dało się z nich wyczuć ogromną pasję i frajdę. Bo Jan Komasa nie tylko chce robić ważne filmy, on chce również, żeby widz się na nich bawił. On sam się przy nich bawi. A to cecha u filmowca w Polsce niepospolita. 

W Bożym Ciele Komasa porzuca tanie efekciarstwo na rzecz sprawnie opowiedzianej historii. I chyba właśnie dzięki świetnemu scenariuszowi Mateusza Pacewicza (notabene praktycznie mojego rówieśnika) reżyser może wydobyć pełnię swoich umiejętności. Film opowiada historię dwudziestolatka (zagranego przez elektryzującego Bartosza Bielenię), który zostaje zwolniony z poprawczaka i wyjeżdża na drugi koniec Polski, żeby rozpocząć pracę w stolarni. Zamiast tego chłopak jednak korzysta z okazji i przyodziewa sutannę. Jako samozwańczy ksiądz nie tylko zmienia parafian, ale odkrywa również swoje powołanie. 

Ale może wróćmy do autora scenariusza. Zacznijmy od tego, że Boże Ciało pisał przez wiele lat. W 2016 roku, kiedy Pacewicz był dwudziestoczterolatkiem, jego tekst został wyróżniony II miejscem w Konkursie Scenariuszowym Script Pro. Za realizację zabrał się Jan Komasa i Aurum Film i zaraz po premierze obraz został wręcz zasypany pozytywnymi recenzjami oraz nagrodami w Gdyni. Wśród nich otrzymał m.in. Nagrodę Publiczności oraz statuetki za najlepszą reżyserię, drugoplanową rolę kobiecą (dla Elizy Rycembel) i oczywiście za najlepszy scenariusz. I potem się zaczęło – łącznie film zdobył kilkadziesiąt nagród na całym świecie, a teraz otrzymał nominację do Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny (od tego roku kategoria nazywa się “międzynarodowy”). Czy to nie brzmi jak mokry sen każdego młodego filmowca? W końcu scenarzysta, który wcześniej realizował w zasadzie tylko etiudy, zadebiutował od razu oscarowym filmem. A więc nieco w stylu wspomnianego wcześniej twórcy Obywatela Kane’a. Krzysztof Rak, producent kreatywny filmu, użył słów, że “to wielki sukces polskiego, dynamicznie rozwijającego się, nowego scenopisarstwa”. I ja się z tym zupełnie zgadzam. Triumf Bożego Ciała to dowód na to, że takie konkursy jak Script Pro jednak mają sens. Że można wyjść znikąd ze świetną historią i dać się zauważyć. I teraz tak naprawdę nieważne, czy film zostanie laureatem Oscara. Komasa, Pacewicz, autor zdjęć Piotrek Sobociński i inni twórcy tego filmu udowodnili już, że potrafią robić kino na najwyższym poziomie. Teraz czekać tylko ich kolejnych produkcji. Osobiście najbardziej ciekawi mnie, jaką drogą pójdzie scenarzysta, Mateusz. Z zapowiedzi wynika, że jest autorem scenariusza kolejnego filmu Komasy pt. Sala samobójców. Hejter, który ma wyjść w marcu tego roku. Pytanie jednak, co dalej? Czy stanie się etatowym scenarzystą Jana Komasy, czy pójdzie o krok dalej i zacznie reżyserować własne filmy? W końcu wcześniej już to robił, m.in. w postaci krótkometrażowego Skwaru (do spółki z Agatą Trzebuchowską). Niezależnie od tego, jak postanowi, tak szczerze, po ludzku trzymam za niego kciuki.

Fotos z filmu “Joker”, na zdjęciu: Joaquin Phoenix, fot. materiały prasowe

Nr 5: Joker (reż. Todd Phillips, scen. Todd Phillips, Scott Silver, zdj. Lawrence Sher)

O Jokerze w zasadzie już tyle powiedziano i napisano, że ciężko dodać cokolwiek nowego. W końcu to najgłośniejsza kinowa produkcja ostatniego roku (a według złośliwych – najbardziej przereklamowana). Zacznę może od reżysera, Todda Phillipsa, który, podobnie jak twórca Green Book, swoim nowym filmem wypełzł z jamy przeciętności. Todd to koleś, który pierwszy raz dał się zauważyć w 1998 roku, kiedy w Sundance jury wyróżniło jego dokument Frat House. Później przez lata robił głównie filmy komediowe, jak Ostra jazda, Starsky i Hutch, czy znana seria Kac Vegas. Później zrobił dość chwalone Rekiny wojny, ale dalej było to dość odtwórcze, niczym niewyróżniające się kino (oczywiście w kontekście jego kolejnego filmu). I teraz mamy Jokera. Dzieło o wiele poziomów lepsze i dojrzalsze. Dla dużej ilości widzów, w tym i dla mnie, wręcz arcydzieło. 

Joker to oczywiście film na motywach komiksów ze stajni DC, ale będący naturalistycznym origin story głównego przeciwnika Batmana. Jednocześnie jest to dzieło, któremu bardzo daleko do schematyczności znanej z kina superbohaterskiego. Samo jego streszczenie przypomina raczej thriller albo dramat psychologiczny: “Strudzony życiem komik popada w obłęd i staje się psychopatycznym mordercą”. To brzmi przecież jak kolejny film Darrena Aronofsky’ego. Niektórzy mówią: studium szaleństwa, ja mówię – metafora rozkładu współczesnego człowieka oraz społeczeństwa. Arthur Fleck, a więc Joker (zagrany przez stworzonego do tej roli Joaquina Phoenixa), przez swoje psychofizyczne ograniczenia oraz niespełnione ambicje, stopniowo gubi się w tym, co jest ważne, a co nie, co jest dobre, a co złe, albo co jest prawdziwe, a co urojone. Marzy o sławie stand-upera, jednak jego poczucie humoru jest zrozumiałe tylko dla niego. Film w bardzo błyskotliwy sposób łączy w sobie wątki znane z komiksów z tymi bardziej codziennymi, odzwierciedlającymi niepokój o moralną kondycję ludzkości. Stawia takie pytania jak: gdzie jest granica naszego obłędu? Albo: czy nasza konsumpcyjna cywilizacja chyli się ku upadkowi? 

Joker to niewątpliwe gratka nie tylko dla fanów serii o Batmanie, ale również dla kinomanów nieprzepadających za post-fabularnymi blockbusterami. Można w nim znaleźć nawiązania do wielu wybitnych dzieł, m.in. często wspominanego w recenzjach Taksówkarza Martina Scorsese. I trochę zgodzę się z pewną zasłyszaną tezą, że Joker to taki Taksówkarz naszych czasów. Pominę to, że w tym filmie też występuje De Niro, a producentem jest Scorsese, który stosunkowo niedawno sam gromił kino superbohaterskie. Jeśli chodzi o mnie, to takie adaptacje komiksów, na takim poziomie, mógłbym oglądać na okrągło. Kto wie, może do tego to powoli zmierza? Może plastikowe, napchane efektami specjalnymi historie o Avengersach i innych Supermanach powoli się nam przejadają. Z drugiej strony, czy da się tak po prostu otworzyć fabrykę arcydzieł? Słyszałem, że w planach jest już druga część Jokera i obawiam się, że ma bardzo wysoko zawieszoną poprzeczkę.

Dalszy ciąg mojej dziesiątki filmów z 2019 roku już niebawem… 

3 myśli na temat “#2 Moja dycha – najlepsze filmy 2019 (część 1)

  1. Like it 🙂
    Z tej piątki filmów widziałam na razie tylko… jeden 😉 (no cóż, tak wyszło), i to właśnie ten niesprawiedliwie niedoceniony – “Rocketman”. Cieszę się, że i Tobie się podobał 🙂 Nie mogę go na razie porównywać z “Bohemian Rapsody”, bo tego jeszcze nie widziałam, ale pamiętam, że już sam zwiastun “Rocketmana” zapalił mi w głowie światełko: “To może być dobre!” I nie zawiodłam się – to zręczne, wciągające, dobre kino muzyczne, którego ostatnio próżno szukać w kinie, choć nakręcono ostatnio kilka muzycznych produkcji. O twórczości Eltona Johna miałam wcześniej mizerne pojęcie, a tutaj, w czasie filmu, bardzo dobrze mi się słuchało jego utworów. Naprawdę fajny kawał dobrego kina, a Taron Egerton także mnie ujął brawurowym podejściem do roli 🙂 I takie samo mam smutne odczucie, że nie docenią go poza Złotymi Globami, bo “to musical i role w takich filmach to bułka z masłem”. Akurat! 😉

    1. Oo, Ula, to musisz koniecznie nadrobić te 4 pozostałe 😉 Szczególnie Jokera i Boże Ciało. QT to już zależy, czy lubisz jego
      filmy. Na dniach wrzucę drugą część zestawienia, w której będą równie dobre, mocne produkcje.

  2. Jestem dumna, bo chociaż w zeszłym roku widziałam naprawdę niewiele filmów jak na mnie, to akurat tę piątkę udało mi się zobaczyć 😀 “Joker” zdecydowanie najlepszy spośród nich, wszystkie elementy w nim współgrają i są przemyślane z góry na dół, chociaż podobno część była improwizacją 😉

Dodaj komentarz