#3 Moja dycha – najlepsze filmy 2019 (część 2 i ostatnia)

Pod koniec tego tygodnia, w nocy z niedzieli na poniedziałek, po raz 92. zostaną przyznane Oscary. Dziewięć filmów powalczy o nagrodę główną. Wśród nich jest jeden, który dzisiaj wymienię, kontynuując “moją filmową dychę” zeszłego roku. Wspomnę też o kilku produkcjach, moim skromnym zdaniem, niewystarczająco docenianych na festiwalach. I zapewniam Was, że wszystkie są warte Waszej uwagi. Choć nie musicie mi wierzyć.

Powiedzmy to sobie wprost – miniony rok był naprawdę dobry, jeśli chodzi o dziesiątą muzę. Osobiście prawie nie widziałem złych filmów, nawet chodząc czasem do kina na randomowe seanse. Oczywiście, nie obeszło się bez średniaków. Jednak, kiedy patrzę na rok 2019 i choćby 2018, różnica jest bez porównania. Albo powiem inaczej – sądzę, że najbliższe Oscary będą jednymi z najbardziej emocjonujących. Nie tylko dlatego, że w szrankach staje nasz faworyt Boże Ciało, ale przede wszystkim z tego powodu, że wiele nominowanych filmów jest na takim poziomie, że po prostu ciężko będzie wybrać najlepszy. W zeszłym roku powstało kilka “klasyków”, filmów, o których było głośno jeszcze przed premierą i myślę, że za ileś lat kinomani dalej będą je oglądać. Nie wiem, czy za kilka dekad rok 2019 będzie bohaterem zestawień z najlepszymi latami w historii kina (jak na przykład jest z rokiem 1994, który przyniósł nam takie dzieła jak Pulp Fiction, Forrest Gump i Skazani na Shawshank. Albo z 1999, w którym wyszły na przykład: Matrix, Zielona mila, Fight Club oraz American Beauty), ale kurde, w zeszłym roku na filmach po prostu ciężko było się nudzić.

Fotos z filmu “Parasite”, mat. prasowe

Nr 6: Parasite (reż. Joon-ho Bong, scen. Dae-hwan Kim, Joon-ho Bong, Jin Won Han, zdj. Kyung-Pyo Hong)

Według wielu widzów, krytyków i bukmacherów to jest właśnie kolejny zwycięzca Oscara za film międzynarodowy (dawniej zwany nieanglojęzycznym). Bardzo możliwe, że będzie to również laureat w kategorii najlepszy film, bo w niej też otrzymał nominację, choć tutaj najczęściej wymienianym kandydatem jest 1917 w reżyserii Sama Mendesa ze świetnymi zdjęciami Rogera Deakinsa. I, jeśli chcecie znać moje zdanie, myślę, że idealną sytuacją byłoby, gdyby najważniejszego Oscara zdobył właśnie Parasite (Joker ma już jednego jak w banku – dla Joaquina Phoenixa), a za film zagraniczny nasze Boże ciało. Jak będzie, ostatecznie przekonamy się już na dniach, tymczasem powiem Wam, dlaczego Parasite wielkim filmem jest.

Jeśli nie mieliście wcześniej styczności z kinem z Południowej Korei, ten obraz jest bardzo dobrym powodem, żeby to zmienić. W ogóle uważam, że warto oglądać azjatyckie, koreańskie kino, między innymi dlatego, że nasi wschodni sąsiedzi często mają w dupie schematyczność, jakiej pełno jest w kinie europejskim i amerykańskim. Poza tym naprawdę posiadają nieograniczoną wyobraźnię. Ale to temat rozległy i może do rozwinięcia w którymś przyszłym wpisie. 

Reżysera Parasite, Joon-ho Bonga, możecie kojarzyć z dość popularnego netfliksowego filmu Okja z 2017 roku opowiadającego o dziewczynce ratującej dziwne stworzenie (tu akurat nie byłem fanem, choć eko-przesłanie jest mi dość bliskie). Poza tym gość nakręcił adaptację komiksu Snowpiercer o pasażerach transkontynentalnego pociągu w czasach postapokalipsy. Przy okazji – wiosną tego roku ma wyjść serialowa wersja tej historii dla amerykańskiej stacji TNT, przy której Joon-ho jest producentem wykonawczym.

Ale co z Parasite? Tu Bong przeszedł samego siebie. Krótko o fabule: Ubogi  chłopak zostaje korepetytorem dziewczyny z bogatego domu. Szybko zauważa, że przy sprytnym planie może załatwić popłatne zajęcia także reszcie swojej rodziny. Oczywiście, nie wszystko idzie po myśli bohaterów i starania o luksusową pracę i łatwy dostęp do wi-fi szybko zamieniają się w walkę na śmierć i życie.
Koreańczycy bardzo pomysłowo połączyli społeczne, artystyczne kino z łamiącym zasady gatunku thrillerem oraz czarną komedią. To film obfitujący w zaskakujące, szalone zwroty akcji, humor i napięcie. Starannie skonstruowana fabuła ujawnia drugie dno – problem koegzystencji ludzi z najniższych warstw społecznych z tymi ze skrajnie wyższych. Bohaterowie, którzy w klasycznej amerykańskiej produkcji stanowiliby tło, dziesiąty plan, tu są postaciami grającymi pierwsze skrzypce, równie podstępnymi i dwulicowymi, co wielu makiawelicznych biznesmenów i polityków z Fabryki Snów. Reżyser odwraca w tym filmie kota ogonem i pyta: A co, jeśli pasożytem można być w dwie strony? I zdaje się mówić do bogaczy: Co, sądzicie, że jesteście tacy cwani, tak? Nawet się wam w pałach nie mieści, o czym może myśleć wasza sprzątaczka, niania albo szofer. I lepiej, żebyście się nigdy nie dowiedzieli. Dla waszego dobra.

Kadr z filmu “Nadzwyczajni”, Vincent Cassel, Red Kateb, mat. prasowe

Nr 7: Nadzwyczajni (scen. i reż. Olivier Nakache, Éric Toledano, zdj. Antoine Sanier)

Skoro już zaczęliśmy mówić o kinie społecznym, nie mógłbym pominąć najnowszego dzieła twórców głośnych Nietykalnych. Nie tych od Briana De Palmy, tylko tych z 2011 roku, o opiekunie niepełnosprawnego milionera, produkcji, którą użytkownicy FilmWebu postanowili umieścić na drugim miejscu najlepszych filmów w historii. 

I cóż, Nadzwyczajni (franc. Hors normes) to jeden z najlepszych francuskich filmów minionego roku. Przynajmniej moim zdaniem, choć liczba nominacji do Cezarów udowadnia, że jestem dość blisko prawdy. Co więcej, twierdzę, że ten film jest lepszy od Nietykalnych. Dlaczego? Przede wszystkim nie jest sztampowy. Owszem, również porusza ważny, społeczny temat (choć, jak zaraz się przekonacie, może nawet ważniejszy, a przynajmniej: większy), jednak czyni to w bardziej realistyczny, wyrafinowany sposób.

Film opowiada historię dwóch przyjaciół, Brunona (Vincent Cassel) i Malika (Reda Kateb), którzy od wielu lat prowadzą ośrodki pomagające autystycznym dzieciom i nastolatkom. Na opiekunów przeważnie biorą młodych ludzi z biednych dzielnic, żeby wyszkolić ich na fachowców i, poprzez kontakt z chorymi, pomóc im znaleźć sens życia. 

Nadzwyczajni z początku sprawiają wrażenie filmu dokumentalnego – wszystko dzieje się szybko, dialogi między bohaterami są bardzo przyziemne, problemy niezrozumiałe, a wydarzenia chaotyczne. Jedynie udział znanego Cassela sprawia, że zdajemy sobie sprawę z oglądania zaplanowanego spektaklu. Bruno i Malik, wraz ze swoją ekipą wolontariuszy, w pomoc niepełnosprawnym wkładają cały swój czas i serce. Nie mają innego wyjścia. Rodziny dzieci, które do nich trafiają, często nie mogą sobie poradzić ze skutkami choroby. Muszą pracować, zarabiać na życie, często wychowują potomstwo samotnie. A autystycy przeważnie wymagają skrupulatnej opieki – w skrajnych przypadkach, pozostawieni samopas, mogą zrobić sobie lub komuś krzywdę. 

Film w reżyserii Nakache’a i Toledana pokazuje smutną prawdę o tym, jak wygląda praca z osobami autystycznymi oraz o tym, jak ci młodzi ludzie często cierpią, przez samotność i brak zrozumienia u innych osób. Opiekunowie nie tylko zmagają się z chorobą dzieci, ale również z chorym prawem i systemem – wystarczy tylko bowiem, że nie załatwią jakiegoś papierka, żeby urzędnicy kazali zamknąć im placówkę i w efekcie pozbawili niezbędnej opieki dziesiątki autyków. Kolejnym problemem jest też to, że państwowe ośrodki, do których często wysyłani są niepełnosprawni, są nieprzygotowane do niesienia im pomocy. Powodem oczywiście są pieniądze i czas – nikomu zwyczajnie się nie chce poświęcać dla ludzi, którzy prawdopodobnie i tak nigdy nie dojdą do pełni zdrowia. Bruno, Malik i inni opiekunowie decydują się jednak na to, żeby zapewnić dzieciom jak największą wsparcie i komfort. Wiedzą, że ich praca jest syzyfowa. Ale rozumieją też, że jeśli oni nie będą pomagać, to nie zrobi tego za nich nikt inny.

Nadzwyczajni porażają i otwierają oczy. Owszem, niekiedy również bawią, bo to w końcu komediodramat. Znajdzie się tu nawet wątek miłosny. Ale to, czym najbardziej kupił mnie ten film, to szczery humanitaryzm. W moim mniemaniu godny wszelkich pochwał.

Kadr z filmu “Król”, Timothée Chalamet, prod. Netflix

Nr 8: Król (reż. David Michôd, scen. David Michôd, Joel Edgerton, zdj. Adam Arkapaw)

David Michôd, który dwa lata temu zrobił dla Netfliksa średnio udaną Machinę wojenną z Bradem Pittem, w zeszłym roku zrealizował dwie nowe produkcje, tym razem o wiele lepsze. Pierwszą jest wojenny miniserial Paragraf 22 dla HBO, przy którym był autorem scenariusza, drugą dramat historyczny – Król, znów dla Netfliksa. I tu już odpowiadał zarówno za scenariusz (przy udziale aktora Joela Edgertona) oraz za reżyserię.

Akcja Króla dzieje się na przełomie XIV i XV wieku w Anglii i Francji. Poznajemy losy nieposłusznego księcia Hala (w tej roli Timothée Chalamet), który robi wszystko, żeby nie objąć tronu po swoim okrutnym ojcu. Po śmierci króla to jemu jednak przypada korona i musi stawić czoła karkołomnym wyzwaniom, z których największym okazuje się zachowanie twarzy w konflikcie z Francją. 

Cóż, nie brzmi to zbyt fascynująco na pierwszy rzut oka, prawda? Zapewniam Was jednak, że to nie historia jest w tym filmie najbardziej porywająca (choć, z mojego punktu widzenia, prostota i precyzja w jej konstrukcji budzi najwyższy podziw), ale cała strona realizacyjna. Począwszy od kostiumów, scenografii, które wyglądają bardzo wiarygodnie i… cool. No, krótko mówiąc, można poczuć, że bohaterowie naprawdę przeżywają jesień średniowiecza. Poprzez genialne zdjęcia Adama Arkapawa, znanego wcześniej choćby z serialu HBO Detektyw albo Makbeta w reżyserii Justina Kurzela. Aż po świetne, oszczędne aktorstwo Chalameta, Joela Edgertona (który wciela się w zapijaczonego rycerza Falstaffa, przyjaciela Hala) czy choćby Roberta Pattinsona, który gra Delfina, a więc królewicza Francji. Bardzo dobre role mieli również Ben Mendelsohn jako król Anglii, Henryk IV, oraz Sean Harris jako królewski doradca. Wisienką na torcie obsady tego filmu niech będzie dwudziestoletnia córka Vanessy Paradis i Johnny’ego Deppa, Lily-Rose Depp, wcielająca się w francuską królewnę. A także Dean-Charles Chapman (czyli jeszcze do niedawna książę Tommen z Gry o Tron, a dziś starszy szeregowy Tom Blake z 1917), w roli młodszego brata Hala.

W ogóle casting to jedna z wielu ogromnych zalet tego filmu. Timothée Chalamet, który popularność zdobył, zdaje się, za sprawą roli w Tamte dni, tamte noce i który dotychczas kojarzył się raczej  (przynajmniej mnie) z postacią gładkolicego, kapryśnego Adonisa, w obrazie Michôda okazuje się mężnym, charyzmatycznym młodzieńcem. Owszem, dalej chłopięco-drapieżnym, ale jakże innym niż w jego dotychczasowym emploi. Wrażenie robi też Robert Pattinson, również odmienny od poprzednio granych przez niego romantycznych milczków. W Królu dalej posiada elfio-wampirzą fizjonomię, jednak jego charakter irytującego, ekstrawertycznego narcyza jest czymś innym, niż to, do czego nas wcześniej przyzwyczaił.

Jeżeli jesteśmy jeszcze przy aktorach – kolejną siłą tego filmu jest umiejętnie przedstawiona psychologia postaci, której składowymi, poza dobrym kunsztem aktorskim, była także reżyseria i wcześniej już przeze mnie pochwalony scenariusz. Problemy, z jakimi stykają się bohaterowie Króla, to w jaki sposób je rozwiązują, niejednokrotnie znajdując się w sytuacji patowej; to, jak nieraz ogromne znaczenie ma przypadek, a także jak często osoba z pozoru nieodpowiednia, w chwilach kryzysowych okazuje się najwłaściwszą w danym miejscu i czasie – ewidentnie sprawia, iż jest to jeden z bardziej realistycznych “średniowiecznych” filmów ostatnich lat. Ostatnim aspektem, na który zwrócę przy tym filmie uwagę, jest walka. I ponownie padnie to słowo – realizm, a niekiedy wręcz naturalizm. W Królu każdy rycerz odczuwa ciężar żelastwa, który na sobie nosi i to, czy będzie walczył na suchej murawie, czy w błocie, ma ogromne znaczenie, bardzo często – strategiczne. Nie znajdziecie więc w tej produkcji fajerwerków, efektownych choreografii walki z saltami, piruetami rodem z 300 i innych popularnych blockbusterów. Tu bohaterowie założą na głowę hełm, przez który nie będą nic widzieć, ale dzięki któremu nie oberwą zbłąkaną strzałą w głowę. Jeśli wywrócą się w całym szpeju na glebę w czasie bitwy, najprawdopodobniej zostaną stratowani. A jeśli zamarzy im się zdobyć zamek – będą musieli tygodniami cierpieć głód i marznąć pod murami, aż obrońcy okażą się bardziej schorowani i głodni i wywieszą białą flagę. Film Davida Michôda w swoim realizmie jest wręcz niewiarygodny. Ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa. I aż dziwi mnie, że tak niewielu twórców dramatów historycznych dotychczas szło tym tropem. Liczę na to, że teraz to się zmieni. Bo trop zacny.

Kadr z filmu “Lighthouse”, Willem Dafoe, Robert Pattinson, mat. prasowe

Nr 9: Lighthouse (reż. Robert Eggers, scen. Robert Eggers, Max Eggers, zdj. Jarin Blaschke)

Kolejny w moim zestawieniu film z Robertem Pattinsonem, co oznacza chyba, że aktor zaczął brać przykład z takich gwiazd jak Matthew McConaughey, który również kilka lat temu postanowił zupełnie zerwać ze swoim imagem hollywoodzkiego lowelasa. Lighthouse to kameralny dramat psychologiczny z elementami horroru, którego akcja toczy się, jakżeby inaczej, w latarni, gdzieś na krańcu świata w bliżej nieokreślonym poprzednim stuleciu. Ephraim Winslow (grany przez Pattinsona) zostaje nowym pomocnikiem starego latarnika, Thomasa Wake’a (w tej roli Willem Dafoe). Obaj bohaterowie uciekli przed swoją przeszłością, żeby zmierzyć się ze swoimi największymi lękami i pragnieniami. Jednak zderzenie ich silnych, cierpiących osobowości oraz nasilających się paranoi może prowadzić tylko do destrukcji.

Reżyserem i współautorem scenariusza jest Robert Eggers, trzydziestosześciolatek, który zaczynał ponad dekadę temu m.in. krótkometrażową adaptacją opowiadania Edgara Allana Poe, Serce oskarżycielem. Ja pierwszy raz zetknąłem się z jego twórczością przy okazji jego pełnometrażowego debiutu pt. Czarownica: bajka ludowa z Nowej Anglii (ang. The VVitch: A New-England Folktale), klimatycznego filmu grozy osadzonego w XVII stuleciu opowiadającego o religijnej rodzinie przeprowadzającej się do miejsca, w którym, jak się okazuje, swoje siedliszcze ma demoniczna wiedźma. Eggers już wówczas oczarował mnie swoim niesztampowym podejściem do horroru – potrafił wykreować niesamowicie mroczną, wysublimowaną i trzymającą w napięciu opowieść bez używania tanich chwytów i oczywistych rozwiązań. W Czarownicy uwiodło mnie niemal wszystko – od aktorów, historii, scenografii, po muzykę Marka Korvena, kolorystykę i zdjęcia Jarina Blaschke. 

Lighthouse jest zupełnie innym filmem. Już sama stylistyka, a więc tradycyjny format obrazu 4:3 oraz rezygnacja z barw na rzecz czerni i bieli sprawiają, że produkcja ta jawi się bardziej jako artystyczny eksperyment niż horror i przywodzi na myśl stare kino Ingmara Bergmana albo Alfreda Hitchcocka. Mocno trzymam kciuki za autora zdjęć, Jarina, który ma w tym roku szansę na Oscara (wielka szkoda, że jest to jedyna nominacja dla tego filmu), mimo że konkurencja jest bardzo mocna, choćby pod postacią Rogera Deakinsa za genialnie nakręcone 1917.  

Poza zdjęciami zachwyca również sam pomysł i scenariusz – minimalistyczny, z ograniczoną ilością dialogów, ale bardzo przemyślany, z dużą ilością symboli i metafor, dzięki którym końcowe dzieło można odbierać na wielu poziomach. Przywołam może przy okazji jedną z interpretacji tego filmu stworzoną przez krytyków – według niej dwaj główni bohaterowie są w rzeczywistości odłamami tej samej osobowości, jednego człowieka, który popełnił coś strasznego i uciekł w zakamarki swojej chorej, rozszczepionej jaźni, co miałoby być mechanizm obronnym przed własnym sumieniem. Kolejna interpretacja, którą, zdaje się, przywoływał również sam reżyser, tłumaczy latarnię, mogącą przypominać kształtem fallusa, jako symbol męskości – bohaterowie filmu bowiem przedstawiają głęboko skrywane w sobie pożądanie i obawę przed samotnością, brakiem bliskości. Te interpretacje oczywiście zgrabnie się łączą oraz nie stoją na drodze w bardziej przyziemnym odbiorze filmu. 

Kolejnym ujmującym aspektem Lighthouse jest bezspornie aktorstwo – zarówno Pattinson, jak i Dafoe prezentują najwyższą klasę. Reżyser zmienił ich nie do poznania. Dał im też ewidentnie możliwość wykazania się – od duszonych w sobie emocji, drobnych gestów i spojrzeń, poprzez pijackie przyśpiewki, po fizyczne wręcz wrzaski, wybuchy agresji oraz dzikiego śmiechu. Obaj są fenomenalni i przekonujący – Pattinson jako zamknięty w sobie, nieobliczalny paranoik oraz Dafoe jako ostry, rubaszny wilk morski. Wszyscy mówimy o kreacji Joaquina Phoenixa w roli Jokera, ja mówię – zobaczcie ten obłędny duet! 

Kadr z filmu “Na noże”, Daniel Craig, mat. prasowe

Nr 10: Na noże (scen. i reż. Rian Johnson, zdj. Steve Yedlin)

Ostatnim filmem z “mojej dychy” jest Na noże, komedia kryminalna, będąca niejako hołdem dla klasycznego kryminału w stylu Agathy Christie, ale również poniekąd jego antytezą, parodią. Za scenariusz i reżyserię odpowiada Rian Johnson. Tak, ten od Breaking Bad, Loopera oraz… od Gwiezdnych Wojen: Ostatni Jedi. Filmu, który według wielu fanów rozpieprzył filmowe uniwersum SW. Według mnie zrobili to już twórcy Przebudzenia Mocy, a on tylko dokończył dzieła, bo dostał na to wolną rękę. Ale mniejsza. Za film Na noże jestem gotów spuścić osobistą kurtynę wybaczenia (no, przynajmniej na jakiś czas).

Bo to jeden z ciekawszych kryminałów minionego roku (a może i ostatnich lat?), do którego z pewnością będę wracać. A kryminał to w końcu bardzo trudny gatunek, mówi się, że powiedziano w nim już wszystko. No bo serio, ile możliwych rozwiązań mamy w przypadku typowej hollywoodzkiej zagadki kryminalnej – czyli morderstwa? Zbrodnia, ślady, narzędzia zbrodni, podejrzani i ich alibi, świadkowie, przesłuchania, dwa, trzy punkty zwrotne, dorwanie sprawcy (który najlepiej jak okazuje się kimś, kogo lubimy) i voila – mamy gotowy wzór kryminału. W filmie Johnsona znajdziecie wszystkie te elementy, jednak jestem niemal pewien, że i tak parę razy zostaniecie zaskoczeni. 

Historia zaczyna się dość typowo, żeby nie powiedzieć: sztampowo – umiera stary i bogaty pisarz kryminałów (Christopher Plummer). Wiele wskazuje na to, że popełnił samobójstwo, jednak zaangażowany w sprawę prywatny detektyw, Benoit Blanc (którego gra Daniel Craig), postanawia sprawdzić wszelkie możliwości. Czyli przesłuchać liczną rodzinę nieboszczyka oraz jego opiekunkę (Ana de Armas). 

Tyle w zasadzie powiem o fabule, bo (jeśli jeszcze nie widzieliście filmu) nie chcę Wam zbyt wiele zdradzać, inna rzecz, że to nie ma być recenzja. Niech wystarczy Wam, że później idzie wszystko inaczej, niż mógłby się spodziewać widz lub czytelnik typowych kryminałów. Myślę, że w walce o Oscara w kategorii najlepszy scenariusz oryginalny Parasite ma w tym dziele mocnego rywala. Żal mi bardzo, że nominacji nie otrzymał również sam Johnson (sic!) oraz Craig, który chyba pierwszy raz od dawna uwolnił w sobie takie pokłady humoru i energii. A także scenografowie oraz kostiumografowie, ale trudno. Już przywykłem do dziwnych decyzji Akademii.

W Na noże przede wszystkim jednak uwiódł mnie, przypominający Rashomon Kurosawy, sposób prowadzenia narracji, w którym bohaterowie opowiadają swoje wersje wydarzeń, bawiąc się w ciągłego kotka i myszkę z widzem, przez co stale musi on zastanawiać się, kto mówi prawdę, jakie zdarzenie, gest i słowo mają znaczenie, a jakie nie. Podobało mi się również raczej nieoczywiste rozwiązanie akcji, a także dość wyważone poczucie humoru, które momentami sprytnie spuszczało powietrze z napompowanych baloników patosu lub napięcia. 

A więc, działaj pan dalej, panie Johnson. Proszę o więcej komedii kryminalnych. Choć może nie zabieraj się już więcej za kultowe serie.

Kadr z filmu “Pan T.”, Paweł Wilczak, mat. prasowe

Nr 11? To nie wszystko!

Na koniec myślę, że warto wspomnieć jeszcze o filmach, których nie zmieściłem do “mojej dychy”, ale które według mnie zasługują na uznanie. Z zagranicznych będą to: To my (scen. i reż. Jordan Peele, zdj. Mike Gioulakis), który, przyznam, mniej mi się podobał niż Uciekaj! tego samego reżysera, jednak pozostał mi w pamięci. Oraz (tak, może będziecie się śmiać) Truposze nie umierają (scen. i reż. Jim Jarmusch, zdj. Frederick Elmes). Chyba dlatego, że to pierwszy od jakiegoś czasu film Jarmuscha, który mi podszedł bez udawanego zachwytu. Oraz który zaskoczył mnie fajną obsadą (choćby Bill Murray, Adam Driver, Tilda Swinton i Danny Glover) i… kompletnie bezsensownymi rozwiązaniami fabularnymi, które były na tyle zabawne, że je kupiłem. Wniosek z tego taki, że twórcom takim jak Jarmusch wolno już chyba wszystko. I ja to szanuję, o ile robią to z polotem.

Z polskich filmów z zeszłego roku polecam Ukrytą grę (reż. Łukasz Kośmicki, scen. Łukasz Kośmicki, Marcel Sawicki, zdj. Paweł Edelman), film szpiegowski znad Wisły z hollywoodzkim sznytem (w obsadzie m.in. Bill Pullman), ostatnia produkcja ś.p. Piotra Woźniaka-Staraka. Twórcy kupili mnie głównie bardzo zgrabnie skonstruowanym scenariuszem oraz realizacją. Na pochwałę zasługuje Robert Więckiewicz w roli dyrektora PKiN.

Kolejny film to Pan T. (reż. Marcin Krzyształowicz, scen. Marcin Krzyształowicz, Andrzej Gołda, zdj. Adam Bajerski). Moim zdaniem jedno z najbardziej pozytywnych zaskoczeń zeszłorocznego Festiwalu w Gdyni. Komediodramat, którego akcja toczy się w Warszawie lat 50-tych, opowiadający o pisarzu, tajemniczym Panie T. (ewidentnie inspirowanym Leopoldem Tyrmandem). Tutaj doceniam również za scenariusz, dojrzałość w opowiadaniu historii i absurdalny, choć wiarygodny, klimat. Ale największą perłą tego filmu są aktorzy, a więc Paweł Wilczak, Sebastian Stankiewicz, Marysia Sobocińska oraz cała plejada innych gwiazd, które niekiedy wystąpiły tylko w małych cameo, a i tak robiły scenę, jak choćby Jan Nowicki w roli handlarza kombatanta.

Dwa ostatnie filmy to Zgniłe uszy (reż. Piotr Dylewski, scen. Piotr Dylewski, Magdalena Celmer, zdj. Grzegorz Hartfiel) i Zrodzeni do szabli (reż. Paweł Deląg, scen. Janusz Sieniawski, zdj. Aleksander Leydo), oba trwające około godziny i chyba najmniej znane z dotychczas wymienionych. Nie ma się jednak co dziwić, bo są to debiuty. Pierwszy film w reżyserii Dylewskiego opisuje burzliwy epizod z życia małżeństwa, które postanawia wziąć udział w bardzo nietypowej terapii. Czy będzie co zbierać z ich związku, nie powiem – przekonajcie się sami. Drugi film to fabularyzowany dokument, którego premiera odbyła się w stacji HISTORY Polska, przedstawiający historię naszej rodzimej szabli. Zdecydowanie warto zobaczyć, choćby ze względu na to, żeby dowiedzieć się więcej o niemal już zapomnianym polskim etosie wojownika oraz żeby zobaczyć chyba jedne z lepiej zrealizowanych scen walki, jakie ostatnio widziałem. I to nie na polskim poletku, ale w ogóle. Nie jestem zresztą w tym zdaniu odosobniony. 

Miałem jeszcze coś wspomnieć o filmach, które mnie zawiodły, ale coś czuję, że na to poświęciłbym drugie tyle czasu i miejsca. Wolę więc zakończyć ten wpis tym pozytywnym akcentem. Mówmy o tym, o czym warto mówić. Jak widać, w zeszłym roku było o czym.

Dodaj komentarz