#4 Śmierć, wódka i kebab

Refleksy żółtych jak szczyny latarni i tęczowo podświetlonych wieżowców chyboczą na smolistej Wiśle. Biało-czerwona korona Stadionu pali z prawej, wyłaniając się z czarnej, praskiej gęstwiny. Po lewej dominuje fioletowy PeKiN, zielonkawy Żagiel Libeskinda ze Złotej i parę innych świecących kloców przypominających słupy kwarcu. Byłoby to nawet piękne, gdyby wszystko nie było tak mroczne i bure. A niebo tak srakowato-purpurowe. Byłoby super, gdyby nie było zimy. Zimy bez śniegu. Chwytasz się barierek i znowu patrzysz w brudną, lodowatą toń rzeki. Jest już połowa stycznia, a na słupach dalej wiszą migoczące ozdoby świąteczne. Nagle błysk, flash i sobie przypominasz. I uznajesz, że to już jest to. Nie ma nic. Stajesz obiema stopami na dolnym pręcie. Teraz poręcz sięga Ci do pasa, wystarczy się schylić i… Wiatr zacina Cię po ryju. Tak, po ryju. Bo sądzisz, że twarz miałaś tylko kiedyś. Szelest kurtki. Czeluść rzeki. Nad głową przelatuje anioł. Nie, to gołąb. Łopot jego skrzydeł niemal muska Twój… Błędnik przez chwilę szaleje. Wisła pruje przez koryto. Smoła, toń. Światła tańczą do Twoich łez. Byłoby zajebiście, gdyby Ci się, kurwa, chciało żyć.

Zadam niedyskretne pytanie: Chcieliście kiedyś popełnić samobójstwo? Albo mieliście takie myśli? Ja chyba tak, dawno temu, paradoksalnie – kiedy byłem idealistycznym nastolatkiem, a nie cynicznym, już dorosłym skrobipiórkiem. O śmierci myśli czasem każdy i w zasadzie nie jest to nic złego. O ile pozostaje to w sferze fikcji albo metafizycznych rozkmin. Teraz wszyscy oczywiście kminią o koronawirusie, wielu wpada w medialną paranoję, a więc sposobność do egzystencjalnych rozważań i dyskusji jest jakby większa. Ostatnio, w kontekście rozmowy o powyższej epidemii, przyjaciółka podesłała mi ciekawą stronę (worldmeters.info), na której znajduje się pełno statystyk dotyczących choćby populacji na świecie, ekonomii, środowiska, ale też zdrowia. Jest o tyle ciekawa, że prezentuje aktualne (wręcz co do milisekund) liczby, podobno autoryzowane w jakiś sposób przez WHO. Moją szczególną uwagę zwróciła rubryka dotycząca właśnie zdrowia. Dowiedziałem się z niej na przykład, że na sezonową grypę w tym roku na świecie zmarły ponad 93 tysiące osób; że przeprowadzono ponad 8 milionów aborcji, albo że blisko 42 miliony ludzi zachorowały na HIV (nie, nie pomyliłem się). Poza tym, śmierć na skutek palenia tytoniu poniosły 963 tysiące, z powodu picia alkoholu – 482 tysiące. Podkreślam – wszystko w 2020 roku! Najbardziej zastanowił mnie jednak kafelek z liczbą samobójstw – mamy początek marca i do tej pory zabiło się ponad 206 tysięcy osób. Jeśli chodzi o samo dzisiaj, w chwili, gdy to piszę, jest ich już 1055. Co trzydzieści-czterdzieści sekund liczba idzie w górę. W Polsce dziś odbierze sobie życie ok. piętnastu osób. Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie jest to naprawdę smutne, wręcz nie do wyobrażenia. Gotujesz sobie wodę – cztery osoby, wsypujesz kawę lub herbatę, zalewasz kubek – jeden mężczyzna lub kobieta. Łyk – ktoś właśnie wiesza sobie sznur. Drugi łyk – skacze. 

I jasne, wśród wymienionych statystyk są może dla Was dużo ciekawsze od tych o samobójcach. Chociażby… koronawirus. Ktoś może powiedzieć: “E tam! To tylko statystyki. Liczby, cyfry.” No, właśnie. Zadam drugie niedyskretne pytanie: Znacie osobiście kogoś, kto popełnił samobójstwo? Zgaduję, że spora część z Was zna. Tak przynajmniej wychodziłoby statystycznie. A jeszcze więcej z Was zna kogoś, kto zachowuje się “podejrzanie”. Kogoś, kto potrzebuje pomocy. 

Przytoczę Wam pewną historię, która przytrafiła mi się w zeszłym roku. Dotychczas opowiedziałem ją tylko kilku osobom, ale na tyle często do mnie wraca, że chyba nie mam wyjścia. To był 13 albo 14 stycznia 2019, końcówka weekendu. Razem z trzema kumplami urządziliśmy u mnie w mieszkaniu posiadówkę. Dla wygody kumpli nazwę T, M i R, ale pewnie jak ktoś z Was mnie lepiej zna, domyśli się, o kogo chodzi. Oglądaliśmy jakiś film lub serial, mieliśmy wolne, więc wyszła z tego zakrapiana imprezka. W pewnym momencie, koło trzeciej w nocy, strasznie zgłodnieliśmy. W lodówce miałem pustki (jak zawsze w niedziele, jeszcze się nie nauczyłem), a Uber Eats i Pyszne.pl odpadały, bo trzeba by było za długo czekać. Któryś z kumpli rzucił więc sznaps-barytonem: “To chodź-hik!-my na keb-aba!” Nie chcieliśmy siedzieć w domu, poczuliśmy zew przygody, więc dość szybko narodził się genialny, pijacki plan – czyli idziemy zjeść na mieście, a potem do jakiegoś pubu.

Jak wymyśliliśmy, tak też zrobiliśmy. Poszliśmy do jednego z bliższych kebsów, w stronę Centrum. Okazało się jednak, że był już zamknięty. Nie mieliśmy wyboru – musieliśmy zjeść już “na mieście”. Tramwaje z jakichś przyczyn nie jeździły (zdaje się, był remont torów), udaliśmy się zatem na przystanek autobusowy. Patrzymy na rozkład, no i znowu pech! Najbliższy autobus za pół godziny. Przypominam, jest styczeń, mimo że bez śniegu, to jednak czekanie nie wydało się nam przyjemną opcją. Z wrodzonego lenistwa rzuciłem więc: “Dobraa, wzywam Ubera!” Ale chłopaki: “Niee, nie pierdol, nie marnuj kasy, przejdziemy się z buta, to tylko kilkaset metrów.” Nie chciało mi się bardzo, ale zgodziłem się. Trudno! Przekonali mnie tą oszczędnością.

Doczłapaliśmy się na Most Poniatowskiego. Idziemy – pusto jak na uniwersytetach. Prawie nic nie jeździ, ludzi nie ma. Myślę: “No, ładnie, tylko my byliśmy tak głupi, żeby iść tędy o tej porze roku.” Na szczęście nam wszystkim czterem z wiadomych względów szumiało pod czapkami, humor się udzielał, więc szybko porzuciłem to jojczenie. Domyślacie się już pewnie, co może być dalej. W połowie mostu widzimy sylwetkę dziewczyny. Jesteśmy od niej oddaleni o kilkanaście metrów – stoi już w zasadzie na prętach barierki, trzyma się kurczowo poręczy i patrzy w dół. My początkowo pijacka ciekawość, ale z każdym krokiem i z każdym wypowiedzianym słowem robi się coraz poważniej. “Kurwa, co robimy?” Ja i T momentalnie trzeźwiejemy. A przynajmniej tak się nam wydaje. Stajemy w pobliżu niej, ale jednak nie za blisko, jakby z obawy, że skoczy. T rzuca coś w stylu: “Hej, dziewczyno, wszystko w porządku? Co ci się stało?” Ona milczy. Tylko ledwo zauważalnie drga i się napina, jakby ze wstydu przed tym, co jej chodzi po głowie. Ze wstydu, który pojawia się, kiedy zdaje sobie sprawę, że widzą ją obcy. Ale dalej nie widzimy jej twarzy. Widzimy tylko, że jest ubrana na czarno, zdaje się, że jest młodsza od nas. Może nawet nie ma osiemnastki? Wymieniamy spojrzenia, uwagi szeptem. Ostrożnie podchodzimy do niej z dwóch stron. Ja z lewej, T z prawej. M i R stają z tyłu, asekurując. Teraz widzimy ją już z profilu – jej wzrok tkwi w przestrzeni albo w wodzie. Jest bardzo młoda, strzelam, że osiemnaście lat, może dziewiętnaście. Z nosa leci jej katar, a z oczu płyną łzy. Wie, że jesteśmy obok, ale nie reaguje, dalej nic nie mówi. Płacze, a jej twarz wyraża głęboki smutek, rozpacz. Chyba nawet pustkę… A to jeszcze gorsze. Myślę wtedy, że chyba nigdy nie widziałem kogoś tak przygnębionego. Odnoszę wrażenie, że coś jej się stało potwornego.

“Może ktoś ją napadł? Albo ktoś jej zmarł? Czy robimy dobrze, że podchodzimy do niej tak blisko? Czterech obcych facetów w końcu. Ale przecież nie możemy jej teraz tak zostawić. Policji też przy niej nie wezwiemy, bo nie wiadomo, co wówczas zrobi.” Staramy się jej nie tykać, żeby nie czuła się zagrożona, ale kontynuujemy gadkę. Mówimy tak naprawdę to, co nam ślina na język przyniesie. Z jednej strony alkohol, z drugiej – obawa, żeby nie powiedzieć czegoś nie tak. Żeby jej nie sprowokować. Więc: “Co się stało? Chcemy ci pomóc. Chodź, zejdź stąd, po co ci to? Tam jest ciemno, zimno. To nie jest żadne rozwiązanie. Nie wiemy, co się stało, czy ktoś ci coś zrobił, ale nie musisz nam mówić, po prostu stań na chodniku. Będzie dobrze, zobaczysz.” Nie wiem, ile mija czasu. Wiem, że zaczynam marznąć. A co dopiero ona. Dalej milczy. T lekko klepie ją po plecach, mówi bardzo łagodnym głosem. Uświadamiam sobie, że nie widziałem go nigdy tak czułego.

Chłopaki z tyłu uznają, że nie ma sensu, żebyśmy stali tak we czterech. Idą dalej, żeby wezwać pomoc. Dlaczego nie dzwonią na policję? Nie pamiętam, może chcą odejść kawałek dalej, może sądzą, że z komendy nikt sensowny nie przyjedzie. Po chwili zostajemy tylko we troje. Zaczynamy z innej mańki – skoro nam nie powie, co się stało, to przynajmniej my jej coś opowiemy. Streszczamy swoje historie. Jak czuliśmy się źle, kiedy myśleliśmy, że życie nie ma sensu. Jak mieliśmy to, co ona. Choć może nie w tak ekstremalnej sytuacji. T nigdy mi o tym nie opowiadał, ja jemu też. Ale teraz najważniejsza jest ta dziewczyna. Po jakimś czasie odnoszę wrażenie, że to zaczyna działać. T proponuje jej chusteczkę. Z ulgą obserwuję, że ona ją przyjmuje, wydmuchuje nos. W dalszym ciągu milczy. Chcemy ją zabrać, ale ona nagle wychyla się, jakby chciała skoczyć. Łapiemy ją za ręce, trzymamy mocno. Po chwili uspokaja się. Dopiero co sądziliśmy, że już ją przekonaliśmy, ale okazuje się, że jednak nie. Myśl: “Szkoda, że żaden z nas nie jest kobietą. Może to by pomogło?”

Po chwili przychodzi sms – to od chłopaków, mówią, że jedzie do nas policja, spotkali patrol przy muzeum. Postanawiamy, że poczekamy do ich przyjazdu i więcej nie będziemy dziewczyny do niczego przekonywać. Dość szybko zauważamy radiowóz, ma włączone bomby, ale bez wyjącego koguta. To dobrze. Zatrzymują się przy krawężniku, otwiera się okno. Proszą, żeby ktoś z nas podszedł do nich. Podchodzę, dostrzegam, że jeden policjant to mężczyzna, a drugi kobieta. W skrócie opowiadam im sytuację, proszę, żeby byli ostrożni, bo już przez chwilę się szarpała i obawiamy się, że serio może skoczyć. Funkcjonariusze uzgadniają coś ze sobą, po chwili wychodzą z auta. Dziewczyna zachowuje się już nieco inaczej, jakby wiedziała, że teraz nie ma żartów. Ale nic nie robi. Na szczęście podchodzi do niej policjantka, jej kolega prosi mnie i T na bok: “Dziękujemy, już sobie poradzimy.” Spisują nas szybko na wszelki i puszczają. Zanim odchodzimy, widzimy, że policjantce udało się już przekonać dziewczynę do zejścia z barierki. Siedzą razem na chodniku, rozmawiają. Nie słyszę o czym. Z durnej ciekawości próbuję przez chwilę dojrzeć dane na dowodzie dziewczyny, który sprawdza policjant, ale zaraz się reflektuję. “Co mi to da?” Ciekaw jestem natomiast, czy dziewczyna, coś do nas powie. Odchodzimy, żegnamy się z nią i życzymy szczęścia. Chyba pierwszy raz wtedy na nas patrzy. Wydaje mi się, że z wdzięcznością. Ale nie jestem pewien, bo jest ciemno. Dalej nic nie mówi, a w każdym razie nie słyszymy, żeby się odezwała. Odchodzimy w stronę palmy, do naszych kumpli, którzy na nas czekają. Mając nadzieję, że zrobiliśmy wszystko tak, jak należy. Licząc na to, że policjanci dadzą radę. Że ta obca, młoda dziewczyna znów odnajdzie sens życia. Kwadrans później kebaby jemy w niemal zupełnej ciszy…

Nie będę ściemniał – to wydarzenie wstrząsnęło każdym z nas. Mieliśmy wcześniej znajomych, którzy popełnili samobójstwo. Tak (ale zetknięcie się z tą dziewczyną osobiście zostanie we mnie chyba na zawsze). Każde z nich było dla nas ogromnym szokiem, szczególnie, że na ogół byli to młodzi, optymistycznie nastawieni kumple. Każdy z nich miał plany, pasje, bliskich. Jednak w którymś momencie coś nie zadziałało. I pękło. Miałem kiedyś w pracy kolegę (nazwę go K), który marzył, żeby zostać reżyserem. Ja byłem wtedy jeszcze na samym początku drogi, skrobałem scenariusze etiud, a on już pracował na planach ze znanymi twórcami. Miał w sobie niesamowitą determinację. Był jedną z najweselszych, najbardziej przyjaznych osób, jakie kiedykolwiek poznałem. Pewnie dlatego nie zapaliła mi się lampka, kiedy na parę tygodni przed śmiercią wysłał mi swój scenariusz, w którym jego bohater popełniał samobójstwo. Na koniec jednak w tekście okazywało się, że tylko je upozorował przed innymi, żeby zacząć nowe życie. K zabił się w Prima Aprilis… Nikt chyba z początku nie uwierzył w tę wiadomość. Bo kto robi coś poważnego pierwszego kwietnia? Nigdy już się raczej nie dowiem, dlaczego popełnił samobójstwo i czemu akurat wtedy. Chciałbym, żeby kiedyś okazało się, że zrobił wszystkim pranka, jak bohater z jego scenariusza. I żyje sobie gdzieś daleko pod pseudonimem i tworzy wymarzone filmy.

Co do dziewczyny z mostu, nigdy nie dowiedzieliśmy się, co się z nią dalej działo. Próbowałem znaleźć jakieś informacje w sieci, ale bez skutku. Policja się już nie odezwała. Wnioskuję z tego, że chyba dziewczyna doszła do siebie. Chcę w to wierzyć. I mam nadzieję, że nie ma mnie i moim kumplom za złe, że ją powstrzymaliśmy przed skokiem. I że żyje. Że nie trafiła do jakiegoś ośrodka, tylko wróciła do bliskich, którzy dają jej wsparcie. Czasem, kiedy o niej myślę, zastanawiam się, co by było, gdybyśmy tego wieczoru z kumplami nie spotkali się na libację? Gdybyśmy nie uznali w środku nocy, że idziemy na kebsa? Gdybym zamówił Ubera… Przypadek? Czy przeznaczenie i karma? Chcę wierzyć, że by nie skoczyła. Że wzięłaby się w garść, wypłakała i wróciła do domu. Gdyby jednak to zrobiła i rano przeczytałbym z kumplami komunikat, że jakaś obca dziewczyna skoczyła z Poniata, pewnie bym nawet nie myślał o niej dłużej niż pięć minut. No, bo żyjemy w świecie mass mediów. Co chwila słychać, że ktoś się zabił, ktoś rzucił się pod metro, ktoś skoczył z mostu. W chwili, kiedy kończę pisać ten post, strona WorldMeters informuje, że statystycznie dziś na świecie zabiło się już 1360 osób. Czyli kolejne 305 żyć.

Nie chcę zabrzmieć zbyt górnolotnie, w moich poglądach daleko mi do chwalenia taniej agitacji. Ponadto, sam nie jestem aniołkiem, więc nie uważam się za orędownika prawości. Ale jeśli to przeczytaliście i jakoś udzieliło się Wam moje poruszenie, nieśmiało proszę – reagujcie. Rozmawiajcie z bliskimi, z przyjaciółmi, czy nawet “znajomymi z fejsa” i obcymi, kiedy widzicie lub przypuszczacie, że może się dziać u nich coś niedobrego. Każdy z nas ma czasem doła, coraz więcej osób przyznaje się do depresji. Każdy może kiedyś znaleźć się na moście.

Jedna myśl na temat “#4 Śmierć, wódka i kebab

Dodaj komentarz