#5 12 przepisów na wkur*ienie scenarzysty (a przynajmniej na sprawienie, że nie będzie chciał z Tobą pracować)

Od paru tygodni mam zabawne poczucie, graniczące z pewnością, że coś wisi w powietrzu. Coś potwornego, co sprawia, że człowiek dostaje gorączki, zaczyna go telepać i traci poczucie sensu. A najchętniej rzuciłby wszystko w cholerę i pojechał do Smolnika, Radoszyc albo i dalej, byle móc w spokoju sadzić marchew czy paść owce pod oscypki. I nie, nie mam tu na myśli żadnego groźnego wirusa, choć i ten jest przebiegłym skurczybykiem – im go mniej, tym większe wyrządza szkody dla gospodarki. 

Chodzi mi o wszechogarniającą wszystkich i wszystko – frustrację. Też to zauważyliście? Też to czujecie? Ten wewnętrzny wkurw, który sprawia, że jak słyszycie o Wojewódzkim czy Szycu, którzy bawili się w Sopocie w czasie, kiedy molestowano tam dzieci, ręka sama wystrzela w górę w cesarskim geście pollice verso? “No bo to gwiazdorzy, na bank coś mają za uszami!” A jak aktor, reżyser (czy, co gorsza, celebryta! Choć dla Was, sfrustrowanych, to w sumie to jedno i to samo) choruje na raka i bliscy organizują mu zbiórkę na leczenie? Czytaliście komentarze pod takimi postami? A może… sami je pisaliście? “Wielki, znany aktor, a nie ma kasy na leczenie??”, “Mój syn na to chorował i w życiu by nam nie przyszło do głowy, żeby żebrać!”. Co z tego, że to dobrowolne datki. Że żyjemy w wolnym… Hmm. 

A na ulicy? W sklepie? Ktoś Ci odmówił obsługi, bo nie masz maski? Rękawiczek nie założyłeś? W tramwaju wszyscy jechali bez masek, a Ty kisiłaś się w swoim szaliku i przyłbicy? Zaprosiłaś w sobotę wieczorem dziesięć osób na posiadówkę i pięć minut po 22 sąsiad, bez ostrzeżenia, wezwał na ciebie policję? Co z tego, że mieszkacie przy głównej ulicy i hałas jest z nią nierozerwalnie związany jak debilizm z Internetem? “My cierpimy, cierp razem z nami! Bo mój mąż dostał mandat za wyjście z psem do parku i teraz nie starczy nam zasiłku!” Albo po pół roku rozłąki spotkałeś się z rodzicami w Wielkanoc? To już przeginka!

Frustracja, mówię wam, frustracja wisi w powietrzu. I żeby nie było – staram się ją rozumieć. Widzę, jak czara goryczy przelewa się za oceanem. Też klnę pod nosem, jak widzę pomidory po dwadzieścia za kilogram, albo kiedy rosnące opłaty do ZUS-u i skarbówki sprawiają, że zaczynam czuć się jak chłop pańszczyźniany. I właśnie o tym ma być dzisiejszy post – o frustracji. Ale nie o frustracji przez państwo, sąsiadów, czy policję, tylko o takiej wśród osób parających się klepaniem w klawiaturę do filmów, TV czy gdzie tam jeszcze trzeba scenarzystów. Zatem, gdybyś kiedyś chciała lub chciał wkurwić scenarzystę, żeby mu było gorzej niż Tobie, poniżej przedstawiam kilka idealnych przepisów. Zapewniam, że po ich zastosowaniu, żaden scenarzysta nie będzie chciał z Tobą pracować albo traktować Cię poważnie.

Aha, zanim zaczniemy – wybaczcie mi ten przydługi wstęp, ale to mój pierwszy wpis od niemal trzech miesięcy. Dlaczego tyle czasu tu nie pisałem? W skrócie – trochę się działo. Koronawirus niektórym zamkniętym w domach producentom i reżyserom wydał się chyba idealnym powodem do developmentu nowych filmów. W związku z tym, od połowy marca zostałem poniekąd zalany różnego rodzaju, bardziej lub mniej ciekawymi, propozycjami pisania scenariuszy i powoli się z nich odkopuję. Efekty może będziecie mogli zobaczyć za parę miesięcy lub w przyszłym roku – o ile to, nad czym pracuję, oczywiście wypali. A, i żeby nie było, że zaraz ktoś skomentuje z przekąsem “O, brawo Ty! Powodzi się, skur…” – połowa z tych zleceń była “pro bono” – czyli: zapłacimy, ale jeszcze nie teraz. Ale o problemach tego rodzaju napiszę więcej nieco niżej. 

I ostatnia rzecz, zanim przejdziemy do 12 przepisów na sfrustrowanie biednego scenarzysty – mam nadzieję, że zdążyliście już załapać, że ten tekst ma charakter raczej humorystyczny, piszę tu pół żartem, pół serio (czasem bardziej żartem, czasem trochę serio). Sytuacje, które opisuję, przytrafiły mi się na przestrzeni ostatnich lat przy pracy z różnymi filmowcami, producentami i stacjami, więc nie piję bezpośrednio do nikogo (a przynajmniej nie ad personam). Reżyserów i producentów uprasza się o czytanie z przymrużeniem oka. No, ale jeśli gdzieś w czasie lektury poczujecie się urażeni… to już oczywiście Wasza sprawa. 

1. “Napisz nam scenariusz za sześć zer” – czyli za nic

Jeśli paracie się pisaniem scenariuszy, jestem niemal pewien, że w pewnym momencie swojej świetlanej kariery spotkaliście się / lub spotkacie z taką propozycją. I od razu wyłączmy z naszej dyskusji pisanie scenariuszy filmów krótkometrażowych, studenckich albo niezależnych, bądź fanowskich, bo te z natury są non-profitowe. Chodzi o teksty do komercyjnych produkcji pełnometrażowych, seriali, reklam, spotów, czy popularnych w ostatnim czasie “skeczy” na YouTubie. Zacznijmy może od tych ostatnich. Zdarzyło się Wam kiedyś pisać dla któregoś takiego kanału? Mnie zdarzyło się do dwóch. Jeden z nich wrzucił ogłoszenie, że szukają scenarzysty i proszą o wysyłanie CV. Akurat szukałem zleceń, więc się zgłosiłem. Po czym, po jakichś dwóch tygodniach, kiedy już dawno o tym zapomniałem i pracowałem nad czymś innym, dostałem odpowiedź – “Dzięki! Możesz nam napisać kilkustronicowy próbny scenariusz na zadany temat?”. Pierwsza myśl: “Nie no, pogięło ich, przecież mają moje CV, przykłady moich scenariuszy, wystarczy przeczytać!”. Piszę im o tym, pytam o stawkę, żeby się dowiedzieć, czy gra jest w ogóle warta świeczki. Dostaję odpowiedź, po kolejnych dwóch tygodniach, że u nich takie testowanie to norma i nawet gdyby odezwał się do nich Aaron Sorkin, to i tak musiałby najpierw coś dla nich skrobnąć za darmo. “A jeśli chodzi o stawkę, to podamy, jak się zdecydujemy na współpracę. Ale na pewno będziesz zadowolony.” Pytam znajomego, który akurat jest jednym z ich scenarzystów i uznaję, że faktycznie byłbym zadowolony – kwota dupy nie urywa, ale nie jest tragicznie. Jak to na YouTube. Kolejna myśl: “Dobra, w sumie, co mi szkodzi? Machnę to w jeden wieczór, wyślę”. Machnąłem, wysłałem. Tym razem youtuberzy przeszli samych siebie – odpisali po rekordowo szybkim półtora tygodnia. Podoba im się, wszystko fajnie, ale minęło tyle czasu od tamtego ogłoszenia i jednak już mają scenarzystów na ten konkretny kanał, więc może mógłbym im coś napisać na inny? Też na razie za darmo, na próbę, ale jak im się spodoba, to mi zapłacą przy kolejnym tekście. To był ostatni raz, kiedy pisałem coś dla tego kanału.

Przejdźmy do filmów fabularnych (pozwólcie, że reklamy i spoty pominę – pisałem do kilku, ale tam akurat często rządzą agencje, które, jak to w korpo, muszą płacić na czas. Seriale to już w ogóle osobna para kaloszy – tam, dopóki stacja nie kupi pomysłu, scenarzysta nie uświadczy żadnej kasy). A więc w nich problemem często jest to, że reżyserzy lub producenci bardzo chcieliby mieć super scenariusz, marzą o zrealizowaniu świetnej produkcji na jego podstawie, ale nie mają na to ani grosza. Co z tego, że w wywiadach czy na wykładach sami twierdzą, że scenariusz jest fundamentem każdego filmu. “Scenarzysto, chcesz zarobić na produkcji filmu? W Polsce nikt tak nie robi, wszyscy zarabiamy na zyskach z kin! Możemy, co najwyżej na razie zaproponować Ci procent od zarobku.” Aha, w naszym kraju mało kto zarabia na zyskach, bo tych po prostu często nie ma. To nie branża gier wideo, gdzie komuś może zginąć 60 milionów. 

Chcesz scenariusz? Zapłać. Operatorowi kamery albo aktorowi też powiesz na planie, że sorry, ale cała kasa poszła na benzynę i catering, zapłacimy Ci za parę miesięcy, jak film przyniesie zyski? Oczywiście, trzeba tutaj wyróżnić sytuację, w której scenarzysta sam zgłasza się do producenta z tekstem gotowym do realizacji. Wówczas można pójść na pewne ustępstwa, spisać umowę, w której będzie zawarta informacja, że scenarzysta otrzyma wynagrodzenie po skierowaniu scenariusza do produkcji – a więc wtedy, kiedy producent znajdzie kasę. W przeciwnym razie jednak – “Możesz sobie poczytać, przekartkować, ale nie waż się nagrać choćby jednego słowa z mojego tekstu, bo spotkamy się w sądzie”.

Z mojego doświadczenia jednak wynika (czyli daję sobie prawo do błędu), że w przeważającej ilości sytuacji producenci i reżyserzy nie chcą gotowych scenariuszy. To może być nawet na swój sposób zrozumiałe – w końcu, jeśli zajmują się tym na poważnie, wiedzą, co chcą robić, o czym opowiadać, jacy bohaterowie, jakie historie ich interesują. Rzadko kiedy więc się zdarza, że scenarzysta przyjdzie akurat z takim tekstem, jaki producent sam chciał nakręcić. O wiele częściej dzieje się inaczej. Ktoś zgłasza się do scenarzysty i mówi: “Ej, słuchaj, mamy taki pomysł na film. Nie chciałbyś nam napisać scenariusza? Mamy budżet, aktorów, trzeba to tylko spisać.”. Autor: “O, super! Jasne, pogadajmy. A jaka stawka?”. Producent: “Jaka chcesz, dogadamy się, tylko będziemy ci mogli zapłacić najwcześniej za dwa miesiące”. Autor: “A, czyli jednak nie macie budżetu?”. Producent: “Mamy, mamy! Tylko wiesz… najpierw musimy pokazać inwestorom scenariusz. Ale nie bądź taki chciwy, chłopie, liczy się zabawa! Tworzenie sztuki! Pieniądze nie są najważniejsze!”. Hmm, racja, nie są. Ale jakim trzeba być kretynem, żeby pracować za darmo przez dwa miesiące? Kto mi opłaci czynsz, prąd, żarcie? Chcesz być sławnym scenarzystą? Zostań mnichem – mieszkaj w jaskini i żyw się powietrzem.

2. “Umowa? Po co umowa? Przecież nie chcemy cię oszukać!” 

Drugi powód na wkurwienie scenarzysty niejako wynika z pierwszego, ale myślę, że warto omówić go osobno. Umowa między zleceniodawcą a zleceniobiorcą, pracodawcą a pracownikiem w legalnym świecie jest nie tylko rzeczą tak oczywistą, że nawet nie powinno się o tym wspominać, ale bez niej nie powinno się zaczynać pisać. Niektórzy producenci odczuwają jakąś dziwną obawę przed spisywaniem umów. W końcu umów nie robi się na czas pokoju, tylko wojny. Nikt o niej nie pamięta, do czasu, aż coś się nie spieprzy. W takim razie można by nawet pomyśleć: “Po co nam w ogóle umowa? Przecież wszyscy mamy ten sam cel – zrobić super film”. Otóż nie! Celem scenarzysty jest napisać jak najlepiej scenariusz i dopiero potem producent i reszta ekipy mają zrealizować film. Praca scenarzysty kończy się tam, gdzie zaczyna się robota aktorów, charakteryzatorek, scenografów itd. W chwili, kiedy pada pierwszy klaps, scenarzysta (o ile przy okazji nie jest reżyserem lub nie sprawuje innej funkcji) siedzi albo na Mazurach, albo na Bahamach i kombinuje już nad kolejnym lub kilkoma kolejnymi scenariuszami. Ergo – jego praca została wykonana i powinien już dawno otrzymać zapłatę, żeby mógł opłacić rachunki i podatki. I to właśnie umowa daje mu jakąś pewność, że producent nie skorzysta z pierwszej lepszej okazji i go nie wydyma, każąc czekać na honorarium przez rok. I żeby nie było nieporozumień – wcale nie uważam, że scenarzysta powinien być wyrachowanym skurwielem, któremu zależy tylko na kasie. Nie! Oczywiście, że autor też chce, żeby film na podstawie jego scenariusza był piękny, ludzie chcieli go oglądać itd. Tylko dlaczego musi cierpieć w imię sztuki? Jest umowa, jest impreza. Nie ma umowy, nie ma scenariusza. A jak producent boi się, że scenarzysta mu napisze słaby tekst i umowa wymusi konieczność wypłacenia chałturnikowi niezasłużonego wynagrodzenia, to albo niech zawrze w dokumencie odpowiedni paragraf, który go przed tym uchroni, albo… niech zatrudni Aarona Sorkina.

3. “Wymyślmy razem genialny scenariusz – zróbmy burzę mózgów!”

Dotarliście aż tutaj? Ha, a to dopiero trzeci przepis na sfrustrowanie scenarzysty. Jeden z bardziej skutecznych. Wyobraźmy sobie na chwilę, że podpisaliście już umowę z producentem i jest ona na tyle dobrze skonstruowana dla obu stron, że nikt nie może narzekać – producent może do woli uwagować kolejne wersje powstającego scenariusza i każda zmiana następuje za jego wiedzą; z kolei autor nie musi się martwić o rachunki i może spokojnie oddać się pracy twórczej. I tu właśnie może czaić się kolejna pułapka. Oczywiście dla scenarzysty. Otóż, niektórzy producenci i reżyserzy często mają tendencję do wywracania każdego napisanego zdania do góry nogami. I, co interesujące, wielu z nich w życiu nie napisało żadnego zrealizowanego scenariusza (chyba że szkolnej etiudy) i jedyna wiedza, jaką posiadają o scenariopisarstwie, pochodzi z branżowych filmików na YouTubie oraz podręczników z Hollywood. A więc: “Chcesz napisać scenariusz z niechronologiczną strukturą w stylu Memento? Błąd! Najpierw trzeba nauczyć się opowiadać historie po bożemu, w klasycznych trzech aktach, dopiero potem można sobie pozwolić na zabawy formą”. No bo co taki Nolan może wiedzieć? Albo scenarzysta proponuje zastosowanie flashbacków, które mają podkreślić bardziej psychodeliczny stan głównego bohatera, któremu miesza się fikcja z rzeczywistością. “Błąd! Używanie retrospekcji to chodzenie na łatwiznę!”. Człowiek aż zaczyna się znowu czuć jak uczniak w gimnazjum, który zwrócił fizyczce uwagę na to, że Sokrates wcale nie był uczniem Platona, tylko na odwrót, ale ona i tak wie lepiej, bo tak zostało zapisane w podręczniku. Używanie dużej ilości dialogów to też błąd i lazy writing, bo…  no właśnie – i tu najbardziej wyświechtane zdanie w historii kina: “Trzeba pokazywać, nie mówić!”. Może w takim razie cofnijmy się o sto lat do kina niemego? I ponownie – a co na to wszystko powiedziałby nasz ulubiony, słynący z pisania długich dialogów… Aaron Sorkin? Nie wiem, jak on, ale ja bym im wszystkim odpowiedział tak: “To wszystko zależy od historii, którą chcemy opowiedzieć”.

Znów małe sprostowanie – nie uważam, że każdy reżyser i producent ma takie podejście, jak powyżej. Twierdzę natomiast, że są tacy, którym wydaje się, że wiele wiedzą o pisaniu, ale jakoś wątpię, żeby sami zdołali napisać jakikolwiek przyzwoity scenariusz. Co widać zresztą po wielu nieudanych polskich filmach, których nie pisali scenarzyści. Ale wróćmy do punktu wyjścia. Mamy umowę, wstępny pomysł. Teraz nadszedł czas na rozwinięcie go do postaci synopsisu lub treatmentu. Producent zarządza zorganizowanie burzy mózgów i nie byłoby w tym nic strasznego i niezwykłego, gdyby nie fakt, że na rozmowę zaprosił dziesięć osób, które mają jeszcze mniej pojęcia o pisaniu scenariuszy, niż on sam. Każdy ma już oczywiście wyrobioną własną wizję – jeden dorzuci dwa pomysły na scenę czy kwestię i już uważa, że ma prawo do wpisania go w czołówce jako współautora. Ktoś inny – aktor, który koniecznie chce zagrać w tym filmie – przez pół godziny opowiada charakterystykę swojej postaci będącą w istocie odzwierciedleniem jego własnej osoby. Ale on oczywiście tego nie widzi. A scenarzysta biedny siedzi tylko, kiwa głową i notuje każdą myśl. Po paru dniach wysyła producentowi bite dziesięć stron zarysu fabuły oraz opisów postaci, w których postarał się uwzględnić każdy interesujący pomysł, który padł podczas burzy mózgów. Czeka przez kilka dni na odpowiedź, po czym spotyka się z producentem i ten mu mówi: “Mhmm. Fajne, fajne. Dzięki, że tak szczegółowo to opisałeś. Jak to czytam, to już widzę gotowy film! Tylko…” Scenarzysta: “No?” Producent: “Czemu zrezygnowałeś z mojego pomysłu, w którym okazuje się, że cały film był tylko snem głównego bohatera i to on jest głównym zabójcą?”. Słowem: treatment trzeba napisać od nowa. Może trzecia, czwarta wersja zadowoli producenta, ale finalnie i tak wyśle inwestorom streszczenie napisane przez siebie, z błędami, i z pracy autora pozostanie tylko to, że bohater miał na imię Maciek. O kasie za wykonaną pracę scenarzysta oczywiście również musi zapomnieć.

4. “W Polsce nie ma dobrych scenariuszy”

Na pewno kiedyś spotkaliście się z takim stwierdzeniem, a może nawet padło ono z Waszych ust: “W polskim kinie i telewizji brakuje dobrych scenariuszy”. Zgodzi się z tym każdy, kto ostatnią dekadę oglądał tylko YouTuba albo filmy Marvela, lub przespał ją w jaskini, gdzieś w Himalajach, żywiąc się tlenem i promieniami słonecznymi. Nie chcę tu wchodzić w dyskusję, więc po prostu musicie zgodzić się w tym aspekcie ze mną, bez gadania – w Polsce mamy wielu świetnych scenarzystów / scenarzystek (feminatywy celowe, żeby skrajne feministki nie zgrzytały zębami), mamy także wiele zajebistych scenariuszy. Wie to każdy, kto choć parę lat siedzi w branży i widzi, jak często dofinansowania na realizację dostają słabsze filmy i seriale, których twórcy mają lepsze układy niż ci mniejsi, młodsi, bardziej utalentowani. 

W ostatnich latach widać, że dzieje się coraz lepiej – Polska otwiera się na świat i nasi filmowcy są świadomi, że teraz, żeby osiągnąć sukces, nie można robić tylko pod nasze podwórko, ale historie muszą być bardziej uniwersalne. Żeby mogli je zrozumieć także widzowie Netfliksa, HBO w Wietnamie, Francji i na Marsie. Wobec tego wszyscy się bardziej starają – nie konkurujemy już tylko z naszymi twórcami, ale z całym światem. Stąd pewnie po części ostatnie sukcesy polskiego kina. Niestety wiele świetnych scenariuszy, które wiszą gdzieś na dyskach albo kurzą się w szufladach, nigdy nie zostanie zrealizowanych. Wynika to z prostej zasady, jaką rządzi się rynek – mamy na filmy więcej pomysłów niż kasy i czasu na ich wyprodukowanie. Dlatego, kiedy zgłasza się do mnie reżyser lub producent, żeby zaproponować mi pisanie scenariusza i już w pierwszej minucie rozmowy pada sformułowanie “No, bo u nas ciężko o dobre scenariusze”, wiem już, że mam do czynienia z zupełnym ignorantem. Nikt nie chce pracować z ignorantami, bo to zwiastuje katastrofę, więc po pewnej chwili grzecznie dziękuję i mówię: “Bardzo mi miło, ale nie wiem, czy akurat ja jestem tą właściwą osobą do napisania tego scenariusza. Ale mogę wam polecić kogoś innego”. Czego oczywiście nigdy nie robię, kiedy wiem, że mogę wkopać kolegę czy koleżankę w bajzel. Półtora roku później do kin wchodzi film powyższego producenta napisany przez niego samego oraz reżysera, który szybko uzyskuje status najgorszego filmu roku. I wszystko wraca do normy – producenci dalej jojczą, że mamy w Polsce kiepskie scenariusze, a scenarzyści dalej wysyłają swoje wychuchane teksty na konkursy, licząc na to, że ktoś ich dostrzeże.

5. “Szukam scenarzysty, choć mam już wszystko napisane”

W życiu każdego producenta, czy reżysera przychodzi taki moment, że chciałby sam napisać scenariusz. Wynika to z różnych czynników, więc nie zamierzam się nad tym zbytnio rozwodzić – może trafili wcześniej na faktycznie złego scenarzystę. Albo, co równie prawdopodobne, scenarzysta nie potrafił sprostać ich dziwacznym wymaganiom. Dlatego reżyser / producent sobie siada i zaczyna pisać. Skrobie, skrobie, w przypływie weny, w przerwach od pracy, oczywiście często bez żadnego wcześniejszego planu i zarysu struktury. Po paru miesiącach tej dłubaniny powstaje dłuższy treatment lub drabinka (więc jeszcze bez konkretnych dialogów), którą nasz grafoman pokazuje swoim znajomym. I wówczas dociera do niego smutna prawda: “Napisałem gówno? Nikomu to się nie podoba, pewnie nie rozumieją mojej genialnej wizji!” I reżyser / producent stwierdza, że jednak wróci do pomysłu z pracą ze scenarzystą, zgłasza się do pierwszego lepszego, którego kiedyś poznał na studiach (tu warto dodać, że scenarzystów nie jest tak łatwo poznać, bo na ogół siedzą w jaskiniach i nie zaprasza się ich na bankiety). I pisze do niego taką oto propozycję: “Siema, nie napisałbyś mi pełnego metrażu? Mamy już ogólny pomysł, kilku zainteresowanych znanych aktorów i sponsora, który rzuci nam parę baniek, ale trzeba to spisać w ciągu trzech miesięcy”. Scenarzysta namyśla się – propozycja brzmi ciekawie, normalnie większość by skakała z radości, ale po chwili pyta: “A na jakim etapie jest ten ogólny pomysł?”. “Na etapie 70-cio stronicowej drabinki, więc w sumie nie będziesz miał tak wiele roboty – trzeba tylko podrasować sceny i napisać dialogi”. Scenarzysta chwilę milczy, myśli: “Mhm. Tylko…”. Wie już, że przerabianie tekstów bywa bardziej czasochłonne niż pisanie choćby adaptacji. Nie wspominając o dialogach, które są solą każdego dobrego filmu – nie pisze się ich ot tak, chyba że mówimy o operach mydlanych, czy paradokumentach. Do tego reżyser / producent jest już przywiązany do wielu scen i nie zgadza się zbytnio na zmiany. Sądzi, że przekupi scenarzystę obietnicą o wielkiej sławie, kasie oraz propozycją, że będzie uznany jako współautor scenariusza. Jakby to nie było oczywiste. Scenarzysta w końcu odpowiada, że niestety ma teraz dużo innych projektów i nie ma czasu. Chętnie poleci kogoś innego, czego oczywiście nie robi. Rok później do kin wchodzi film reżysera / producenta, a scenarzysta cieszy się, że zaufał intuicji.

6. Deadline! Czyli nie żyjesz, bo się spóźniłeś

Scenarzyści, wbrew mniemaniu niektórych, tak naprawdę na wiele spraw nie mają wpływu. Szczególnie ci szeregowi, którzy są tylko współautorami w większym writer’s roomie. Ciężko więc, aby mogli decydować, kto wcieli się w jaką postać albo, jak ma wyglądać lokacja. I oczywiście, nie twierdzę, że tak jest źle – nie ma sensu odbierać pracy reżyserom castingu czy location managerom. Najczęstszą rzeczą, na jaką scenarzysta nie ma wpływu, jest termin zmiany deadlinu. Szczególnie w telewizji, gdzie produkcja musi działać jak naoliwiona maszyna, żeby wyrobić się ze zdjęciami i postprodukcją przed zapowiedzianą premierą odcinka. Zatem nieważne, czy masz urlop albo 39 stopni gorączki – tekst trzeba zdać wtedy i wtedy i nie ma innej możliwości. Zdarzało mi się już pisać scenariusze pod namiotem na Woodstocku, na weselu kuzyna, na którym byłem świadkiem, czy w hotelu na wakacjach za granicą. To oczywiście nie odbiega bardzo od tego, jak wygląda praca u innych, którzy są freelancerami i wcale nie zamierzam narzekać – po prostu taka robota. Ale nie ma nic bardziej frustrującego niż sytuacja, w której scenarzysta ciśnie tekst lub poprawki, żeby zdążyć na deadline, wiedząc, że inaczej może stracić pracę, po czym musi nieraz czekać kilka dni albo i tygodni na uwagi od produkcji, która nie miała czasu zerknąć na scenariusz. Często powodem jest właśnie urlop głównego producenta, redaktora, tego samego, który jeszcze niedawno narzekał, że autor spóźnił się pięć minut z wysłaniem tekstu.

7. “Pisz, jak uważasz, i tak wszystko zmienimy”

Jedną z podstawowych cech, w jaką powinien uzbroić się scenarzysta, jest pokora – a więc świadomość, że nie jesteśmy alfą i omegą, też popełniamy błędy i czasem mądry reżyser, producent lub aktor może znaleźć lepsze rozwiązanie np. na wypowiedzenie jakiejś kwestii lub uzna na planie, że można w ogóle nic nie mówić, jeśli da się to samo przekazać gestem lub mimiką. Z tego powodu m.in. wielu autorów powieści lub dramaturgów nie chce pisać do kina lub telewizji. Bo po prostu irytuje ich to, jak wiele osób miesza im w ich ukochanym scenariuszu. I o ile uważam, że dobry scenarzysta nie powinien się obruszać o drobiazgowe zmiany, o tyle czasem musi potrafić się przeciwstawić. Dlaczego? Bo to jego nazwisko widnieje na tytułowej stronie i to jego będzie się potem obwiniać za skopaną fabułę, pomysły na sceny i dialogi. 

Częstym problemem ekip filmowych jest to, że na ogół pracują na raz nad jedną konkretną sceną i nie zawsze mają z tyłu głowy ogólne przesłanie filmu. Są oczywiście w pionie reżyserskim osoby, które pilnują takich rzeczy, jak ciągłość. Zdarza się jednak, że pod presją czasu podejmują pewne pochopne decyzje i zmieniają nie tylko kwestie bohaterów, ale nawet przerabiają całe sceny, bez wiedzy scenarzystów. Bo skoro producent wyraża zgodę, autor nie ma nic do gadania. Nikt wówczas nie myśli, że zaraz! Ten gość, czy ta babka, pracowała nad tym tekstem przez wiele miesięcy, a może i lat. I na pewno analizowała tę scenę na wiele sposobów. Może więc to, że w scenariuszu na stole leży nóż, ma znaczenie dla dalszego ciągu? Albo pewna kwestia musi paść dobitnie w tej konkretnej scenie, inaczej za pięć minut widz zacznie się zastanawiać, co ci bohaterowie wyprawiają? Gdzie oni jadą? W scenariuszu to było, w filmie nie ma. Ale kto ponosi winę? Oczywiście scenarzysta. Klnie pod nosem i obiecuje sobie, że przy kolejnej produkcji będzie bardziej asertywny.

8. “Ten scenariusz jest zły! Co z tego, że zaakceptowaliśmy drabinkę?”

To jest zmora wielu scenarzystów pracujących w filmie czy telewizji. Nie odnoszę się tutaj, oczywiście, do żadnych konkretnych produkcji, przy których pracowałem. Żeby to było jasne. Nie da się jednak zaprzeczyć, że stacje telewizyjne oraz producenci czasem sami nie wiedzą, czego chcą. Przykładowo, scenarzysta serialu pisze najpierw synopsis. Kiedy jest on zaakceptowany, pisze drabinkę, z niej (rzecz jasna – również zatwierdzonej) rozpisuje scenariusz z dialogami. No i co się dzieje? Przychodzą uwagi, z których wynika, że scenariusz trzeba napisać od nowa albo gruntownie go zmienić. Powody dla takich sytuacji są najróżniejsze – zdarzało mi się, że np. ktoś “z góry” nagle uznał, że chce, żeby w danym odcinku pojawił się konkretny aktor, aby dać mu więcej zarobić. Co z tego, że scenariusz jest już napisany, robota zrobiona? Połowa tekstu do wyrzucenia i trzeba wymyślać nowe wątki. Ludzie “z góry” muszą być happy, a jak się nie podoba to nara, raz-dwa znajdziemy kogoś na Twoje miejsce. Wspominałem już, że scenarzysta musi mieć pokorę. Teraz dodam, że musi ją mieć zwłaszcza w telewizji. O ile nie jesteś redaktorem, scenarzystą prowadzącym albo showrunnerem, możesz sobie popsioczyć o tym z innymi kolegami-autorami w kafejce na jakimś festiwalu albo wyżalić się z tego… na blogu.

9. Uwagi, uwagi, uwagi – tylko gdzie?

Dla scenarzysty uwagi, obojętnie czy mówimy tu o pracy w filmie, tv, czy reklamach, są po prostu normą. Znana, przypisywana wielu pisarzom, sentencja “Writing is rewriting” jest według mnie jedną z najważniejszych zasad pisania czegokolwiek. Osobiście zapadło mi też w pamięć zdanie, które usłyszałem na studiach od Wojciecha Saramonowicza, który, patrząc na moje dialogi, uznał, że powinienem napisać je na nowo, bo zawsze pierwsze, co przychodzi piszącemu do głowy jest sztampą, a dopiero, dzięki kolejnym wersjom, kwestie nabierają polotu i podwójnego dna. 

Tekst zawsze potrzebuje trochę czasu na odleżenie, ponowne zerknięcie, albo, jeśli goni termin – krytycznego spojrzenia kogoś z boku. Czyli zwykle redaktora, producenta albo reżysera. Przy doświadczonym krytyku poza tym autor może się bardzo wiele nauczyć, choćby unikania schematycznych rozwiązań prowadzenia scen. Zatem uzbrojony w pokorę scenarzysta musi takie uwagi przyjąć na klatę i wprowadzić do tekstu. Bez gadania. Bo w końcu lepiej, że błędy zauważa ktoś ze współpracowników, niż żeby potem dostrzegali je widzowie. Problem powstaje wtedy, kiedy osoba recenzująca scenariusz nie potrafi tego robić, robi to w złym nastroju albo zwyczajnie ma idiotyczne uwagi… Ile razy zdarzało mi się czytać komentarze do moich scenariuszy, w których pełno było błędów ortograficznych, interpunkcyjnych oraz przekleństw i emotikon. Na podium moich ulubionych uwag stoi wiele mówiące “?” oraz “Słabe” albo “O, kurwa”. Nie zapomnę również, kiedy jeden z redaktorów pewnego serialu uparł się, że bohater nie może jeść chińszczyzny, tylko kebaba. Dlaczego? Tylko on raczy wiedzieć. Dyskutowanie z uwagami redaktorów w tv to kolejny błąd, który popełniają ambitni autorzy – często nie ma to żadnego sensu, bo ich i tak nie da się przekonać. Lepiej już zostawić tego kebaba, do tego sprytnie gdzieś w dialogu wpleść żart o chińszczyźnie, który zrozumieją tylko współscenarzyści, i robić dalej swoje.

Kolejną frustrującą rzeczą jest otrzymywanie uwag przez telefon, na spotkaniach albo nawet na Messengerze. Proszenie osób, które tak robią, o to, żeby normalnie komentowały konkretne zdania lub sceny w pliku tekstowym, na marginesie scenariusza, zazwyczaj spełza na niczym. Co z tego, że scenarzysta nie zdąży w czasie rozmowy zapisać wszystkich uwag albo będzie musiał się męczyć przy poprawkach i szukać ich w okienku czatu. Jeśli recenzent do trzydziestki nie nauczył się obsługi edytorów tekstu, wątpię, żeby zrobił to dla Ciebie.

10. “Brak uwag – to jest arcydzieło!”

Skrajnością dla nadmiaru głupich uwag jest oczywiście ich brak. W sensie – zupełny brak uwag. W momencie, kiedy reżyser lub producent uznaje, że Twój scenariusz jest świetny, że śmiał się i płakał, czytając – w głowie autora powinna się zapalić lampka: “Co schrzaniłem?”. Można oczywiście oblać się rumieńcem, unieść dumnie głowę i wykrzyknąć przez okno “Jestem zajebisty!”. Albo pochwalić się tym w statusie na Facebooku. Tylko nie zmienia to faktu, że istnieje spora szansa, że osoba, która czytała Twój tekst, jest zupełnym amatorem. I raczej nie chciałbyś, żeby wzięła się za realizację filmu na podstawie Twojego ukochanego dzieła. W tej branży uwag nie mają tylko osoby bez wizji lub lenie. Błędy w scenariuszu jest w stanie znaleźć każdy – nawet dyżurny planu czy statysta. Nie znaczy to oczywiście, że mają rację i Twój tekst jest do bani, ale nie można też dać się zapędzić w ślepą uliczkę samozachwytu. Bo potem film czy serial i tak obejrzą widzowie i zjadą Cię z góry na dół. 

11. Reżyser: “O co chodzi w tej scenie?”

Ten przepis na wkurwienie scenarzysty łączy się poniekąd z poprzednim. Reżyser, który nie wie, czego chce – na pewno nie będzie miał celnych uwag i na pewno nie ma wizji. Ponadto, może się też tak zdarzyć, że w ogóle nie zrozumie Twojego tekstu. Brak porozumienia między reżyserem i scenarzystą jest jednym z głównych powodów powstawania słabych filmów i niestety czasem autor nie ma na to większego wpływu. Np. scenarzyści pracujący w telewizji rzadko kiedy mają spotkania z reżyserami realizującymi odcinki seriali. A przynajmniej takie były moje dotychczasowe doświadczenia. Często nawet się nie znają, chyba że z nazwiska na scenariuszu lub w napisach. To jest według mnie dość poważny błąd, ale jestem w stanie zrozumieć, że wynika to zwykle z presji czasu – niektóre seriale realizują nawet po kilka odcinków na tydzień. Weź tu, jako reżyser, znajdź choćby chwilę na rozmowę ze scenarzystą.

Raz miałem nieco zabawną sytuację, gdy zadzwonił do mnie z planu reżyser, zmartwiony, że od pół godziny głowi się z operatorem nad jedną sceną i nie mają pojęcia, o co w niej chodzi. Spytałem go zaskoczony, który fragment ma na myśli, otworzyłem scenariusz, przeczytałem i zamarłem… Mówię: “A weź przeczytaj tę scenę jeszcze raz i zerknij do poprzedniej sceny”. Przeczytał, wybuchł nerwowym śmiechem i przyznał, że teraz ma to sens – po prostu rzecz, o której bohaterowie rozmawiali scenę wcześniej miała swoją kontynuację w kolejnej. Reżyser albo nie miał kiedy przeczytać w całości scenariusza, albo był tak zalatany i skupiony na konkretnej scenie, że całkiem stracił głowę.

Innym razem oddałem swój scenariusz pewnemu studentowi (był to akurat krótki metraż). Zależało mi wówczas na portfolio, więc nie chciałem nic w zamian. Poprosiłem jedynie (i aż), żeby reżyser zrobił dobry film. Po paru miesiącach odezwał się do mnie i wysłał mi linka do gotowego dzieła. Oglądając, nie mogłem rozpoznać w filmie własnej historii. Wszystko przez to, że facet nie wyczuł, że scenariusz był z założenia czarną komedią i podszedł do tematu na poważnie, robiąc z filmu toporny dramat psychologiczny. Od tej pory, kiedy mam autorskie scenariusze, zawsze staram się dokładnie sprawdzać dorobek reżyserów, którzy się do mnie zgłaszają.

12. “Ups, a jednak Cię oszukaliśmy!”

Mówiłem już, jak ważne jest podpisywanie umów przed rozpoczęciem pisania. Zdarza się jednak tak, że z początku wszystko wydaje się cacy, ale po pewnym czasie okazuje się, że scenarzysta został na lodzie z rachunkami do opłacenia. Zaraz, spytacie, skoro jest umowa, to jak to możliwe? Dla oszustów nie ma jednak rzeczy niemożliwych do obejścia. Z rozmów z innymi scenarzystami wiem, że nie jestem jedyną osobą, która dała się nabrać nieuczciwym producentom. To w naszej branży jest wręcz nagminne. Mnie na szczęście zdarzyło się to tylko raz. Mianowicie, pisałem wówczas pod pseudonimem jeden z seriali kryminalnych, miałem już nieco dość, potrzebowałem zmiany, więc kiedy zgłosiła się do mnie znajoma asystentka produkcji, mówiąc, że szukają kogoś, kto napisze nowy serial komediowy – prawie się nie wahałem. Dość szybko podpisałem umowę z producentami i zacząłem pracę nad scenariuszem. Niedługo później dostałem zaliczkę, a kolejne wypłaty przychodziły na czas, więc moja czujność została uśpiona. Uwag nie było wiele, ale tłumaczyłem to sobie brakiem doświadczenia producentów. Najważniejsze, że reżyser wiedział, co robi. Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy, po napisaniu szóstego odcinka, dwa tygodnie przed zdjęciami do pilota, cała ekipa dostała informację, że produkcja zostaje zamrożona… z powodów osobistych producenta. Nie dało się skontaktować z żadnym z nich, chodziły słuchy, że producenci uciekli za granicę. Nikt od tamtej pory nie dostał żadnej kasy. Groziłem im prawnikami i wysyłałem wezwania do zapłaty, ale nic z tego. Niedługo potem sprawdziłem producentów na listach dłużników – okazało się, że wisieli sporo pieniędzy również innym osobom. Spółka prawdopodobnie niedługo później ogłosiła upadłość, ale już mnie to niewiele interesowało. Przez tę sytuację nie tylko straciłem stabilną pracę w serialu, z którego zrezygnowałem, ale również musiałem zaciągnąć kredyt, żeby nie stracić wynajmowanego mieszkania. Pierwszy i, mam nadzieję, ostatni raz w moim życiu. Od tej pory nie wchodzę we współpracę z ludźmi i firmami, o których niewiele wiem. Zalecam Wam to samo.

Do przeczytania w kolejnym poście! Postaram się wrzucać je częściej. I koniecznie dajcie znać, czy takie moje osobiste rozważania na temat pracy scenarzysty Was w ogóle interesują. Bo chciałbym jednak pisać to dla kogoś, nie tylko dla siebie. Życzę Wam, żebyśmy wszyscy byli czasem mniej sfrustrowani. Choć często nie ma “letko”.

15 myśli na temat “#5 12 przepisów na wkur*ienie scenarzysty (a przynajmniej na sprawienie, że nie będzie chciał z Tobą pracować)

  1. Może jednak mają rację ci niedobrzy reżyserzy. Strasznie dużo słów potrzebowałeś, żeby to opisać. Pisanie to redukcja. Twoją opowieść można by zredukować o dobre 66% 🙂 Logoreja Panie, logoreja! Poza tym – racja. Moim ulubionym tekstem reżysera jest: “pogłębij to stary! Pogłębij ” Oczywiście bez żadnych konkretów. Pozdrawiam i życzę Andrzej Dziurawiec

  2. Ja może trochę o moim pechu, który już powoli mija. Na podstawie artykułu z jednej z gazet ( było to w trakcie uczęszczania do WSF na kierunku scenariuszowym) dosłownie, na “kolanie” napisałem synopsis. Po paru dniach rozpisywałem go w formie treatmentu. (gwoli ścisłości, był to pomysł na film dla dzieci i młodzieży, a więc…) i co dalej? Dalej, to znalazłem adresy producentów i porozsyłałem synopsis. Nie treatment a synopsis… zero odzewu. Jeszcze raz zrobiłem listę tych “wielmożnych Panów” i postanowiłem udać się do nich osobiście. Jaki był efekt? “Pan nr 1” po rozmowie od razu zaproponował zakup scenariusza, ale dopiero jak go napiszę… ok. Pojechałem do “Pana 2” Efekt? Kupują, tylko mam się określić ile chcę za scenariusz… jak by nie wiedzieli ile płaci się debiutantom. Powiedziałem, ze się zastanowię. Pojechałem do “Pana 3” a było już grubo po południu… I tu “wpadłem”. Trafiłem na Dyrektora, Kierownika Literackiego, oraz jednego z Reżyserów. Rozmowa trwała ze trzy godziny, co mnie trochę wkurzało, bo miałem w zanadrzu jeszcze jednego “Pana”.
    Rozmowa zakończyła się tym, iż podpisałem umowę przedwstępną, która obowiązywała do następnego dnia, do godziny 9 i zakazywała mi udawania się już gdziekolwiek z moim “scenariuszem”. Następnego dnia, o tej godzinie miałem przyjechać i spisać umowę na napisanie scenariusza i pobrać zaliczkę…. co też uczyniłem. Przy okazji dowiedziałem się, że rozpisali konkurs na scenariusz filmowy i ja go już wygrałem. Mieli 3 miliony na produkcję filmu. Niestety, wraz z podpisaniem umowy zaczął się pech… ale to opowieść na kolejny wpis.

    1. Ciekawa ta przedwstępna umowa, mnie się nie zdarzyło coś takiego. Z konkursami w naszym kraju smutna prawda jest taka właśnie niestety, dlatego rzadko gdziekolwiek startuję. Ciekaw jestem, co wydarzyło się dalej!

  3. …. dalej było już tylko gorzej… To “miejsce”, które miało kręcić film, i które ogłosiło konkurs, to Studio im. Irzykowskiego. Studio rozwiązano, a prawa do scenariusza przejął dyr. Studia. Wcześniej zwrócił daną mi zaliczkę do Studia, podpisaliśmy nową umowę a Sam zaczął zbierać pieniądze na film jako Producent (miał swoją firmę producencką). Niestety po jakimś czasie dostał wylewu i nie czuł się już na siłach, by kontynuować pracę… To że później umarł dowiedziałem się od jednego ze znanych Producentów telewizyjnych. Co ciekawe okazało się, że prawa do scenariusza On właśnie zakupił od tego Dyrektora… Czas płynął, a producent ten (od kilkunastu już lat produkuje popularny serial) nie mógł znaleźć czasu na fabułę, więc prawa wróciły do mnie… Jednak dzięki Niemu scenariuszem zainteresował się jeden z Reżyserów nagrodzonych swego czasu w Gdyni… był zafascynowany tym tematem do tego stopnia, ze sam chciał film wyprodukować… Miałem podpisać kolejną umowę, ale wziął się i umarł…. ufffff… Po tak niesprzyjających kłodach rzucanych mi pod nogi przez LOS, zadziałałem inaczej. Na podstawie tego scenariusza napisałem powieść i wysłałem do jednego z wydawnictw… Było to w połowie marca. Za dwa dni dostałem propozycję podpisania umowy. Umowę, po kilku zmianach podpisałem 1 kwietnia. Ostatniego wpłynęła do mnie spora zaliczka, a ogólnopolska premiera powieści w empikach nastąpi 16 czerwca… Szybko jak na polskie warunki. Myślę, ze los się wreszcie odmienia na moją korzyść.

  4. …. podbudowany tak szybkim wydaniem powieści, kończę powieść z gatunku science-fiction i będzie ona wydana w jako tzw. BookShot.
    Tytuł “POZIOM 1050″ Mam ‘zajebistą” historię, na film, tani w produkcji, gdyż obejdzie się bez drogich efektów specjalnych. Rzecz zaczyna sie w kopalni węgla kamiennego Budryk. Na nocnej zmianie kombajn chodnikowy rozpruwa dziwną metalową powłokę. Okaże się, iż jest to obiekt UFO sprzed 300 milionów lat, a wiec okresu gdy na ziemi formowało się życie. Bohaterami sa dwaj młodzi operatorzy kombajnu i brat jednego z nich. wielki pasjonat UFO… Oczywiście do rana po obiekcie nie będzie już śladu poza dziurą w ziemi… To jednak nie wszystko, bowiem zostanie “COŚ”, co uzmysłowi nam, że nie wyszliśmy z morza, i na pewno nie pochodzimy od Małpy, a stworzył nas ‘Bóg”, i na pewno nie był to Ten, czczony od wieków, przez Watykan.

    1. Wow, to faktycznie niezły pech z tymi dwoma, którym się zmarło… Ale podziwiam za wytrwałość! Takie sci-fi brzmi interesująco, trochę lemowski, metafizyczny klimat, i na pewno nie jakieś drogie w realizacji, więc może mieć u nas szanse na adaptację 😉 A jak się nazywa ta poprzednia powieść, która ma zaraz premierę? Pozdrawiam!

      1. “Wróć do mnie” Niezwykle wzruszająca historia o przyjaźni młodego chłopca z koniem sąsiada. Pewnego dnia stary sąsiad umiera, a jego syn, w tajemnicy przed chłopcem sprzedaje konia handlarzom trudniącym się wywózką koni do Włoch. Jeszcze tego samego dnia chłopiec przypadkowo dowiaduje się o losie Przyjaciela i rusza by go odzyskać. Na początku tej podróży, Jego drogi krzyżują się z młodą uciekinierką z poprawczaka, Dziewczyna zauważa, że chłopiec ma jakieś tam pieniądze na wykupienie konia i postanawia mu je ukraść. By tego dokonać musi sie z nim zaprzyjaźnić. Gdy już zna cel podróży, obiecuje mu pomoc w dotarciu do konia…. i tak podróżują przez Polskę… U kresu podróży dziewczyna osiąga swój cel…

  5. Moim zdaniem takie teksty są BARDZO potrzebne! Jak człowiek rozważa wejście do jakiejś branży, to często nie wie, w co się pakuje, wyobrażenia mijają się z realiami; albo nie wie, na ile może sobie “dać jeździć” po głowie, a kiedy jednak warto się wykazać asertywnością i np. odmówić zlecenia. Takie podzielenie się doświadczeniem może dużo rozjaśnić nie tylko “świeżynce”, ale myślę, że też tym, którzy już w branży siedzą, ale mogą nie mieć (jeszcze 😉 ) doświadczeń danego typu. Ja osobiście bardzo dziękuję za ten tekst! 🙂

    1. Bardzo dziękuję, miło mi, że się podobało! Scenarzyści niestety często dają się wpakować w dziwne projekty, które ciągną się miesiącami i nic z nich nie wynika… Wiem po sobie, cały czas się uczę asertywności i walczę o nasze prawa. Mam nadzieję, że takie inicjatywy jak Gildia Scenarzystów coś zmienią i posty tego pokroju nie będą już potrzebne 😉 Pozdrawiam!

  6. Fajny wpis, szczególnie punkt 4 mi się spodobał. Wiele razy spotkałem się z opinią filmoznawców czy recenzentów, że w sumie to mamy światowej klasy reżyserów, aktorów… tylko scenariusze mamy słabe. Ten punkt to dobra odpowiedź na tego typu nieprawdziwe opinie. Faktycznie zdaje mi się, że te dobre gdzieś giną niezauważone i pozostają w szufladach ich autorów.
    W kilku punktach zaznaczyłeś, że rzadko udaje się trafić z gotowym scenariuszem do produkcji – raczej jest to zlecane, plus cały proces nieraz powoduje, że scenariusz ulega wielu zmianom. Mam w związku z tym pytanie o Twoją opinię co do osób, które pisanie scenariuszy traktują raczej hobbystycznie i nie zajmują się tym zawodowo. Czy takie osoby na polskim rynku filmowym w ogóle mają szansę na realizację swojego filmu? Czy scenarzystą można być tylko “full time”?

    1. Hej, dziękuję za miłe słowa! Znam wiele osób, które na co dzień zajmują się czymś innym i piszą swoje scenariusze w wolnym czasie, część z nich poznałem na warsztatach Bahama Films. I parę z tych osób pisze lub napisało naprawdę świetne teksty. Jedna z moich znajomych, pracująca jako tłumaczka, zainteresowała swoim scenariuszem pewną dużą stację – problem pojawił się jednak w momencie, kiedy zaczęli kalkulować, że film wojenny może być za drogi w realizacji przez nich samych, bez koprodukcji. Więc wszystko teraz zależy od tego, czy uda się jej znaleźć kogoś, kto się dołoży do filmu. Ale sądzę, że gdyby zrobiła bardziej kameralny tekst, stacja by to wzięła. Po prostu niewiele podmiotów w Polsce stać niestety na wysokobudżetowe produkcje… Odpowiadając więc na Twoje pytanie – myślę, że nic nie stoi na przeszkodzie. Znam nawet osoby, które pracują w korpo i dodatkowo piszą scenariusze do serialu. Przy pisaniu pełnego metrażu oczywiście wszystko zależy od tego, czy uda się zainteresować tekstem producentów i sponsorów, ewentualnie wpływowego reżysera / aktora, który sam ich przekona. Można zawsze wysłać tekst na konkurs – im bardziej prestiżowe nagrody zgarnie, tym chętniej wezmą się za niego producenci. Ale trzeba uważać na regulaminy, bo organizatorzy w naszym kraju często mają tendencję do zagarniania zwycięskich tekstów w licencjach za grosze i potem te scenariusze kurzą się na dyskach. Osobiście prędzej słałbym za granicę. “Zawodowym” scenarzystom może być czasem łatwiej, bo mają bardziej rozbudowane CV, ale jak reżyser lub producent złapie bakcyla na Twój tekst, to zrobią wiele, żeby go zrealizować 😉 Pozdrawiam!

  7. Tak dodam od siebie jak to wygląda – z tego co wiem – na zachodzie.

    1. Norma jest jedna – bez prawnika (specjalizującego się w tej działce – entertainment lawyer) nawet nie podchodź. Wysyłasz mu kontrakt, on go ogarnia, a nawet może negocjować w twoim imieniu stawkę w zamian za 5% (i będzie to najlepiej wydane 5% w twoim życiu).
    2. Nie liczysz na przyszły udział w zyskach (chyba, że jest to coś bardzo zrozumiałego np. bonus za oficjalne wyniki w Box Office, co można wynegocjować, ale wszystko zależy od twojej pozycji), bo wydział księgowości w studio filmowym tak Cię wydmucha, że nawet centa nie zobaczysz.
    3. Dostajesz pieniądze za sprzedaż scenariusza i dodatkowe pieniądze jeżeli scenariusz trafi do produkcji, determinowane przez budżet filmu.
    4. Jeżeli jesteś członkiem gildii masz zagwarantowane prawo (o ile dobrze pamiętam) do jednego rewritingu tekstu i credits (w najgorszym razie jak ktoś inny wywróci twój scenariusz do góry nogami – “story by”). Jak nie, zasady tego będą określone w kontrakcie.
    5. Wynegocjować można sobie WSZYSTKO, ale są pewne normy i żeby poza nie wyjść trzeba mieć pozycję (albo po prostu wystarczająco dobry scenariusz).
    6. Przy zleceniach (assigments) za pierwszym razem masz zagwarantowane przynajmniej WGA minimum (do około 120 tysięcy dolarów) za pierwszy draft napisany w około trzy miesiące.

    Może warto pomyśleć o tych normach, które zostały wypracowane przez tysiące ludzi i wielkie organizacje przez ostatnie sto lat na zachodzie i się na nich wzorować. My tu nadal mamy dżunglę bez żadnych norm, ale może gildia coś zmieni.

    1. Pełna zgoda, Znafco. I mimo tych norm scenarzyści w Hollywood i tak strajkowali, w ostatnich latach bodajże dwa razy. Skutki dla wytwórni były na tyle opłakane, że np. pierwszy sezon Breaking Bad miał przez to mniej odcinków, niż początkowo planowano. Scenarzyści, z tego, co wiem, część tego, co chcieli, wywalczyli. U nas, mam wrażenie, większe środowisko scenarzystów kształtuje się dopiero od kilku lat. Jest potworny bajzel, nie mamy żadnych norm stawek – są jakieś przygotowane przez PISF, ale nie spotkałem się, żeby ktoś się do nich stosował. Cała nadzieja zatem w tej Gildii.

Dodaj komentarz